środa, 22 lipca 2015

Rozdział któryś tam :v

Nawet się nie tłumaczę.
Miłego czytania.
Korn.


*szybkie sprawdzenie przed wrzuceniem*
Hm, może wrzucę Wam to z jej (moja beta <3) komentarzami? XDD

- James, musimy Cię wnieść do namiotu. Tu jest za twardo i zimno  - powiedziałam, odrywając rękę od jego boku. Nie krwawił już z rany tak mocno jak wcześniej, lecz krew dalej powoli się z niej sączyła. Nie zdołałam jej wyleczyć do końca i wiedziałam, że nie dam rady tego zrobić. Już odczuwałam zmęczenie i jedyną pomoc, jaką będę mogła zaoferować Jamesowi, to uleczenie drobnych zadrapań na łapach.
W czasie gdy ja odpoczywałam po leczeniu, chłopak zmienił się w człowieka.
- Diana... - zaczął mówić. Nachyliłam się do niego, by mógł szeptać, nie wysilając się zbytnio - Nie dacie rady. Bo niby jak? Za łapy?
- Jasne, że nie. Myślałam, żeby przenieść Cię na kocu. Tak będzie łatwiej - Odgarnęłam za ucho kosmyk splątanych włosów, który opadł mi na twarz.
- Tak może dacie radę. Ale ja nie dam. Nie ruszę się stąd. Z trudem powstrzymuję się od jęku teraz. Nie zmuszę się do ruchu. - Prawie niezauważalnie pokręcił głową.
- Musisz, James. W namiocie będziesz bezpieczny. A co zrobisz, jak w nocy coś przyjdzie? Dasz radę. To tylko przeturlanie się - powiedziałam, starając się zabrzmieć przekonująco.
- Nie dam. Silny, nieustraszony wilk istnieje, ale teraz gdzieś znikł. Boję się jeszcze większego bólu - Zagryzł wargi niespokojnie.
- Zrób to dla mnie. Proszę. To tylko chwila, a potem będzie Ci lepiej. Wiem, że cierpisz, ale będzie gorzej jeśli tu zostaniesz.
 Pogładziłam go po policzku. Uśmiechnął się lekko i odszukał wzrokiem moje oczy. Widziałam w jego ślepiach  ból, ale przez chwilkę gościły tam też wesołe iskierki. To nie była jednak odpowiedź. Postanowiłam kontynuować.
- Zrobisz to dla przyjaciółki, prawda?- Uśmiechnęłam się do niego łagodnie.
- Przynieś koc. Postaram się - westchnął i zmienił się w wilka. To nie będzie łatwe. Przeniesienie go na ten koc, samo w sobie będzie wyzwaniem. A co dopiero na nim do namiotu. Zagryzłam wargę. Damy radę. Dziwniejsze rzeczy już się tu robiło.
Podeszłam do plecaka, który w czasie walki zrzuciłam z ramion gdzieś pośrodku drogi. Leżał tam gdzie go zostawiłam, sponiewierany przez upadek z wysokości.
Przykucnęłam przy nim, by wyciągnąć z wnętrza koc. Zaczęłam grzebać, przedzierając się przez ciuchy, bandaże i resztę potrzebnych w czasie wędrówki rzeczy. Kiedy wreszcie natrafiłam ręką na miękki materiał, uśmiechnęłam się triumfalnie. Wyszarpnęłam go szybko, chcąc wracać do Jamesa.
Wstałam gwałtownie, uderzając głową w czyjąś brodę.
- Przepraszam - Okręciłam się na pięcie, umożliwiając sobie zobaczenie, komu sprawiłam ból.
- Nie ma za co -Annabeth rozmasowała sobie podbródek - Nic ci nie jest?
Przyłożyłam rękę do głowy.
- Nie, tylko trochę boli. A Tobie? -zapytałam.
- Szczęki mi nie połamałaś. Przeżyję - Uśmiechnęła się do mnie zdawkowo, a ja ruszyłam powoli do wilka.
Córka Ateny poczłapała za mną.
- Co z nim? Bardzo źle? - spytała, patrząc w stronę wilkołaka. Aktualnie był przy nim Leo. Chłopak przemawiał do tego drugiego, kręcąc się niespokojnie. Najwyraźniej nie wiedział co ze sobą zrobić, by jakkolwiek pomóc, a nie chciał być bezużyteczny.
- Nie jest śmiertelnie ranny, ale cierpi. Zajęłam się najgorszą raną, ale jest jeszcze nie do końca wyleczona. Nie jest też jedyną poważną, a ja zaczynam się już teraz męczyć. Nie dam rady mu pomóc bardziej, niż uleczenie zadrapań - Przygryzłam wargę.
- Spokojnie. Nie musisz tego robić od razu magią. Samym założeniem opatrunku, czy nałożeniem maści mu pomożesz. Taki urok dzieci Apolla - powiedziała, próbując mnie uspokoić. Nie zadziałało. Chciałabym, żeby w ogóle przestał cierpieć.
- Oh, Diana, naprawdę. Już i tak dużo zrobiłaś - przekonywała, jakby czytając mi w myślach. Tym razem poskutkowało trochę bardziej.
- Dobrze, rozumiem. Ale teraz lepiej przenieśmy go do namiotu.
- Tak, tak. Chwała Piper, że zdążyła je rozłożyć.
*
Zerknęłam na śpiącego wilka. Jego klatka piersiowa unosiła się rytmicznie, oddychał równo, spokojnie wdychając i wydychając powietrze. Obserwowałam go, jednocześnie myśląc o tym, co zdarzyło się w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu minut.
Samo przenoszenie go, sprawiło mu ogromny ból. Jeśli można porównać zwierzęcy skowyt do krzyku, w życiu nie słyszałam, żeby ktoś tak głośno i przeraźliwie krzyczał. Pomimo bólu w moim sercu, kiedy słyszałam jego pisk, przenieśliśmy go do namiotu. Cierpiał przez chwilę niemiłosiernie mocno, ale tutaj, na miękkim śpiworze, w pobliżu ogniska będzie mu lepiej niż na twardej ziemi.
 Jedyne co zdążyłam zrobić, zanim wyczerpany zapadł w sen, to było obandażowanie mu najgorszych obrażeń i wyleczenie zadrapań na jednej z łopatek. Potem zasnął, a ja zaprzestałam leczenia. Nie chciałam go zbudzić, a na dodatek, nie wiem czy sama miałabym siłę na coś jeszcze.
Nadal patrzyłam na Jamesa. Zaczęłam martwić się o jutro. Skoro dziś tak strasznie cierpiał przy przeczołganiu się na koc, nazajutrz nie będziemy mogli wędrować. Nie da rady iść.
Oczywiście, nie miałam mu tego za złe. Nie jego wina, że rzucił się sam na empuzę, która tak strasznie go pokaleczyła .No dobra, jego wina. Ale nie mogłam się gniewać za to, że teraz cierpi i nie może maszerować po kilka, lub nawet kilkanaście kilometrów dziennie.
Jednak ten jeden dzień mógł dużo zmienić. Kto wie, co dzieje się w obozie? Może już pojutrze Hera będzie gotowa, by go zniszczyć? I ten jeden dzień będzie dla nas zgubny?
- Diana, wyjdziesz na chwilę zjeść, czy zostaniesz tutaj? - Leo wsunął głowę do namiotu. Podskoczyłam nerwowo na dźwięk jego głosy. Zamyślona nie usłyszałam nawet jak otwiera namiot.
- Wyjdę. Chyba nic mu nie będzie, jak chwilę pośpi sam.
- Nie, da sobie radę. Nie martw się - Wyciągnął do mnie rękę, by pomóc mi wstać.
Skorzystałam z niej i wyszłam, rzucając Jamesowi jeszcze jedno, zatroskane spojrzenie.
*
Zdmuchnęłam okruszki z talerza. Zawirowały przez chwilę w powietrzu nad ogniskiem, i ten moment wybrała sobie Piper, by zacząć rozmowę.
- Czy tylko mnie zastanawia, czemu nagle potwory zaczęły nękać nas w takich ilościach? Przecież wcześniej były dni, w których nie spotykaliśmy niczego.
- Nie tylko Ciebie. Ale myślę, że prawdopodobne jest to, iż po prostu zbliżamy się do końca krainy. Do wyjścia. Im bliżej końca, tym trudniej. Więc, w sumie, powinniśmy się cieszyć.
- To tak jak z grami -podchwycił Leo - Na końcowych poziomach jest zawsze najtrudniej. Jak myślisz, Ann, będziemy walczyć z bossem? - Uśmiechnął się.
Zabrzmiał jak kilkuletni chłopiec, zafascynowany nową grą, którą dostał na święta, ale nikomu to nie przeszkadzało. Jako syn Hefajstosa miał silne połączenie z mechanizmami, więc i z komputerami czy grami. Tak po prostu było i tyle.
- Jeśli chodzi ci o to, czy spotkamy na końcu coś wyjątkowo silnego, to myślę, że tak. Ale nie jestem wyrocznią, nie mogę niczego przewidzieć.
- Właśnie, wyrocznia. Diana, wyrecytuj przepowiednię. Zobaczymy czy w aktualnej sytuacji coś nam mówi.
Westchnęłam cicho i przymknęłam oczy. Kilka wyrazów wyleciało mi z głowy, a musiała być dokładna. Po chwili przypomniałam ją sobie całą.
- Czterech odważnych herosów,
zada bogom wiele ciosów.
Ptaki będą im przydatne,
lecz niektóre niepomocne .
Ogień, słońce i książki razem z miłością
zjednoczą się z odmiennością.
Bez współpracy nie osiągną nic
A zła bogini będzie lśnić.
- Hm... "Zada bogom wiele ciosów"? Czemu niby? Tylko Hera jest przeciwko nam - Leo zmarszczył nos.
- Samo unieszkodliwienie jej będzie ciosem dla bogów. Przecież jest na Olimpie ważną personą.
- Rzeczywiście, może tak. A ptaki już wiemy. Symbole Ateny, Afrodyty i Hery. Ja i Annabeth jesteśmy córkami tych dwóch pierwszych i pomagamy, a Hera nam przeszkadza.
- Następne dwa wersy też są okay. Po prostu my. I kolejne dwa też. Musimy współpracować - podsumowałam.
- W sumie nie była taka skomplikowana, jak się wydawała. Już kobiety są bardziej poplątane - Skrzywił się Leo.
- Chcesz oberwać? - Zerknęłam na niego groźnie.
- Nie, samobójcą nie jestem. Pomimo misji, które też w większości są samobójcze.
Zignorowałam jego odpowiedź, prychając.
- Idę do Jamesa. Nie chcę, żeby był tyle sam - Odstawiłam talerz na ziemię i ruszyłam do namiotu.
Kiedy weszłam do środka, wilk ciągle spał. Pewnie nawet nie zauważył mojej nieobecności. Zastrzygł jednym uchem, kiedy motałam się ze śpiworem, próbując do niego wejść. Słyszał coś przez sen, ale byłam pewna, że nie przeszkadzało mu to zbytnio.
Wreszcie udało mi się wygodnie ułożyć we wnętrzu okrycia. Przyłożyłam głowę do poduszki, słuchając jak na zewnątrz reszta jeszcze cicho rozmawia. Nie docierało do mnie o czym, ale nie sądziłam, by coś ważnego mnie omijało.
Zasłuchana w ich cichą rozmowę, nawet nie zarejestrowałam momentu utraty świadomości. Po prostu w pewnym momencie zasnęłam.
*
Rozejrzałam się po wnętrzu namiotu, mrużąc zaspane oczy. Jeszcze trochę nieprzytomna, powoli uświadomiłam sobie, że coś jest nie tak. Byłam sama.
- James, cholera - Błyskawicznie oprzytomniałam.
Coś mu się stało? Wyszedł? Jakiś potwór go zabrał?
Byłam autentycznie przerażona. Skopałam z siebie nakrycie, chcąc wybiec na zewnątrz, by sprawdzić, czy wilk jest gdzieś w pobliżu. Na klęczkach otworzyłam wejście, szybko wyszłam i wstałam, zaczynając się rozglądać dookoła.
Szybko zauważyłam gdzie jest zagubiony. Leżał przy wygaszonym już ognisku, które wcześniej paliło się w środku półkola z namiotów. Jego głowa spoczywała na łapach, a ogon miał podwinięty przy ciele. Odpoczywał, zupełnie zrelaksowany.
Kilkoma krokami pokonałam dzielącą nas odległość.
- Co ty sobie myślisz?! - syknęłam przytłumionym głosem. Gdyby tylko reszta była już na nogach, wrzeszczałabym na niego ile sił - Przestraszyłeś mnie! Bałam się o ciebie, a ty co? Leżysz sobie?
Zacisnęłam ręce w pięści, próbując się opanować. James spoglądał na mnie tylko maślanymi oczkami. Przepraszał. Widziałam po nim, że czuł się teraz źle.
- Bądź z siebie dumny, wyprowadziłeś mnie z równowagi - mimo jego poczucia winy, fuknęłam na niego.
Zmienił formę z wilczej na ludzką. Z pozycji leżącej, usiadł.
- Przepraszam. Nie chciałem cię przestraszyć - odezwał się cicho.
- Wiem. Nie chciałam się tak wściekać - Spuściłam wzrok. Widok, że jest cały i zdrowy oraz jego spokojny ton uspokoiły mnie w błyskawicznym tempie.
- Miałaś prawo. W końcu jeszcze wczoraj nie mogłem się ruszać, a dzisiaj wyszedłem z namiotu.
- No właśnie. Tłumacz mi się. Nagle ozdrowiałeś? - zapytałam, siadając obok niego.
- Nie, nie całkiem. Dalej boli, w sumie dość mocno, ale ciągle tak samo. To bez znaczenia czy siedzę, idę, stoję czy skaczę. Więc postanowiłem wyjść na świeże powietrze.
- Mogłeś mnie zbudzić i powiedzieć - Wpatrywałam się tępo w stertę czarnych od ognia patyków, w przeciwieństwie do niego. On wpatrywał się we mnie, lustrując mnie wzrokiem.
- Wiem. Ale nie chciałem przerywać twojego snu.
- Jak zwykle szlachetny cel. Niby wilkołak, a rycerskie zachowanie.
- Taki już jestem.
- Tak, tak. Jadłeś już? - Zerknęłam na niego kątem oka. Pokręcił głową.
- Nie, czekałem, aż ktoś się zbudzi.
- Nadaję się? Przyniosę talerze. I przy okazji się przebiorę.
Nawet nie czekałam na odpowiedź na pytanie. Wiedziałam, że będzie twierdząca.
*
Niedługo potem dołączyły do nas dziewczyny i Leo. Wyszli z namiotów akurat w momencie, gdy kończyliśmy śniadanie. Teraz i oni już kończyli posiłek.
- Więc dzisiaj leniwy dzień. Odpoczniemy - stwierdziła Piper.
- Tak, cały możemy spędzić na czym chcemy - potwierdziłam.
- Wcale nie. Mogę iść - zaprotestował James.
Obróciłam głowę w jego stronę i parsknęłam śmiechem.
- Żartujesz.
- Nie, serio. Mówiłem ci, że to nie ma znaczenia co robię. Ciągle boli tak samo.
- Nie ma mowy. Odpoczywasz - Moje wargi stworzyły nienaturalnie wąską kreskę.
- Nie, idziemy. Ten jeden dzień może dużo dać. Idziemy - Założył ręce na piersi.
- Nie!
- Tak.
- Nie!
- Tak.
- Nie!
Każde moje kolejne "nie" było coraz głośniejsze, za to on ciągle wypowiadał  się spokojnie i cierpliwie. W końcu, zamiast znowu powiedzieć "tak", stwierdził :
- Albo idziemy albo pójdę sam. Nie zatrzymasz mnie.
- Czemu musisz być taki uparty? - prychnęłam pod nosem - Niech Ci będzie. Idziemy. Ale jeśli tylko coś będzie źle, powiesz mi, tak?
- Tak, tak, jasne - Uśmiechnął się. Oooooczywiście. Czułam, że to nie ostatnia dzisiejsza sprzeczka. Może wczorajszy dzień depresji minął, ale w jego miejsce wstąpił dzień kłótni o nic między mną i Jamesem.

*

5 komentarzy:

  1. Korn kłamczycielu! W tej chwili wstawiaj wersję z komentarzami!
    /Majalissa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to jeszcze prosto w monitor mi kłamczysz! Masz szczęście, że akurat wtedy zaczęła mi się runda w LOL'u, bo bym Ci nawtykała... Ale nie bój się, jutro też mam czas.
      /Majalissa

      Usuń
    2. Super rozdział ;)czekam na next ~Szalonaaa

      Usuń
  2. Hej:)
    Strasznie mi głupio, że zaniedbałam Twoje opowiadanie:(
    W każdym razie nadrobię zaległości.
    Nie wiem kiedy, ale możesz oczekiwać mojego rozbudowanego komentarza.
    Ściskam i życzę weny!
    Z. (Dawna Rainbow Shadow)
    [Ps. Zapraszam na nic-nie-jest-proste-scorose.blogspot.com]

    OdpowiedzUsuń
  3. Nominowałam cię do LBA!
    Masz super blog, który jest godny podziwu ;)
    http://wnuczkibogow.blogspot.com/2015/10/lba.html
    Pozdrawiam :D
    ~Szalonaaa

    OdpowiedzUsuń