czwartek, 23 kwietnia 2015

Wiatr, deszcz, empuzy i dużo innych stworów.

Jestem. Co z tego, że jest czwartek, znowu się spóźniłam i w ogóle? ;-;
Nie bijcie. Wszystkie skargi do rodziców mojej bety XDDD

Nogi powoli zaczynały mi ciążyć. Było dokładnie tak jak we śnie, teraz jedynie dodatkowo wiedziałam co mnie goni. Uciekałam ile sił w nogach, ale powoli zaczynało mi ich brakować. Stopniowo zwalniałam, wbrew sobie, nie mogąc utrzymać tempa.
Na dodatek, w głowie kołatała mi się myśl, że niedługo wpadnę w jakieś bagno. I w sumie nie wiedziałam czy nie wolałabym zostać zabita przez potwora, czy dryfować w tej pustce.
Rozpoznałam otoczenie, gdy kilkadziesiąt metrów ode mnie, zamiast drogi pojawiła się trawa, a pola zaczęły przemieniać się w łąki.
Zwolniłam jeszcze mocniej, wiedząc, że to na tym podłożu wpadnę i coś się stanie. Chciałam dać sobie chwilę na myślenie, chociaż powinnam biec  jak najszybciej, żeby uciekać przed stworem.
Zaczęłam szybko analizować. Jeśli pobiegnę dalej, ugrzęznę w mule, wpadnę w niego i zacznę błądzić w czarnej otchłani. Odpada. A jeśli zwolnię, złapie mnie ten stwór. I najprawdopodobniej zabije. Ale ostatnio, gdy dałam się dopaść potworowi, śmierć mnie ominęła. Może o to chodzi i tym razem?
Zatrzymałam się gwałtownie, za chwilę czując, że rozpędzony stwór wpada mi w plecy. Odwróciłam się do niego i uniosłam głowę, by spojrzeć mu w ślepia.
Zaraz tego pożałowałam. Czarne i mroczne oczodoły przerażały mnie do tego stopnia, że zamknęłam prędko oczy. Mogę stawiać się w obliczu śmierci, ale dalej boję się jej i tego, kto ma mnie zabić.
Istota objęła mnie ramionami. W jednej chwili, poczułam się, jakbym siedziała w malutkim pokoiku,  którego ściany pokryte są kaloryferami. Biło od niego ciepłem, prawie parzącym.
Syknęłam cicho. Taki gorąc, pomimo, że jeszcze nic mi nie robił, był bardzo nieprzyjemny.
Jednak musiałam go znieść. Zacisnęłam wargi i powieki jeszcze mocniej, starając się wytrzymać.
W momencie, kiedy temperatura była taka, że miałam ochotę zacząć się wiercić i miotać, próbując się bronić w naturalnym odruchu, a pot spływał mi po twarzy, zaświtało mi, że może po prostu jestem idiotką i zaraz jednak umrę.
Jeśli tak, szkoda, ale już nic nie zrobię. Trzyma mnie za mocno, a ciepło osłabiło mnie jeszcze mocniej. Otarłam kropelki z czoła, odgarniając przy okazji mokre włosy.
Ze zdziwieniem poczułam, że temperatura zaczyna powoli opadać.
-A jednak... Nie pomyliłam się- wyszeptałam. Tutaj trzeba dać szansę się zabić, żeby cię na zabito. I chociaż nie wiedziałam tego na pewno, teraz wiem na sto procent nawet dwie rzeczy. Robi mi się zimno, a ta kraina jest zupełnie pokręcona.
*
Chwilę temu pojawiłam się w lesie, odpoczęliśmy chwilę i znów zbieraliśmy się do marszu.  Według zegarka Annabeth, była godzina czternasta, a chmury aktualnie zakrywały całe niebo. Można było uwierzyć, że słońce przestało istnieć.
-Dalej, dalej - ponagliła Piper.
Wszyscy, jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki, przyśpieszyli ruchy i rozpoczęli żwawą wędrówkę. Był to skutek czaromowy dziewczyny, której, ku mojemu zdziwieniu, używała bardzo rzadko.
Energicznie maszerowaliśmy, rozmawiając cicho. Nikt nie narzekał, więc i ja nie odzywałam się, pomimo, że moja głowa zaczynała ciążyć i boleć. To pewnie przez pogodę, która z chwili na chwilę coraz bardziej wyglądała, jakby zaraz miała nastąpić potężna ulewa.
Razem z prawdopodobnością ulewy narastał również ból. Wyłączyłam się z rozmowy i zaczęłam obserwować okolicę.
Byliśmy gdzieś w środku lasu mieszanego, jednak przeważały tu drzewa liściaste. Dęby, buki i topole otaczały drogę z dwóch stron, a pomiędzy nimi dało się zauważyć leszczynę. Gdyby promienie słońca przebijały się przez liście, byłoby to miejsce jak ze snów. Niestety, dzisiejsza pogoda, skutecznie uniemożliwiała promykom chociażby wyjrzeć zza chmur.
Jakaś jaszczurka przemknęła mi przed nogami, kiedy postanowiłam na powrót zacząć słuchać rozmowy. Leo właśnie kończył opowiadać jakiś kawał o deszczu. Dokładnie w chwili, gdy pozostała trójka zaśmiała się, zaczęło kropić.
-Jak na zawołanie - powiedziałam cicho, zatrzymując się. -Dobra, rozkładamy namioty.
Zabraliśmy się do pracy. Rozbiliśmy wszystkie trzy w półkolu na drodze. Akurat zdążyłam odsunąć się od mojego schronienia do moich towarzyszy, by ustalić, kto dzieli z kim namiot, gdy rozpadało się mocniej. Annabeth szybko zakomunikowała:
-Ja z Dianą, Leo z Piper, James śpi sam.
Nikt nie odważył się sprzeciwić. Szybko, umykając przed ciężkimi kroplami, wtarabaniliśmy się do namiotów. Teraz jedyną poszlaką na to, że pada, było bębnienie wody o materiał schronień.
*
-Opowiedz mi jakąś historię o obozie. - Usiadłam wygodniej. Odkąd tylko weszłyśmy do namiotów, rozmawiałyśmy, tematów nie brakowało, ale moje gardło zaczynało się męczyć. Wolałam pozwolić blondynce na monolog, a mojej krtani na odpoczynek.
-Może o tym jak Drew umówiła się z nieuznanym chłopakiem, który jednak wcale nie był nieuznany?
-Co? - parsknęłam śmiechem.
-Uznam to za zgodę. Posłuchaj, a się dowiesz.
Córka Ateny zmieniła pozycję, obejmując kolana ramionami. Ja oparłam się plecami o ściankę namiotu i czekałam, aż zacznie mówić.
-Jak pewnie już słyszałaś, dzieci Afrodyty przechodziły kiedyś inicjację. Musiały zerwać z chłopakiem, złamać mu serce. Więc Drew umówiła się z Timem, przystojnym blondynem, który pojawił się w obozie krótko po niej. Gościł w obozie od tygodnia, Drew jakoś od dwóch. Widziała jak wodzi za nią oczami, więc sądziła, że będzie łatwo. Pościskają się i będzie po sprawie, a ona pobije rekord w szybkości zaliczenia inicjacji. Rano zaproponowała mu zjedzenie śniadania przy jej stoliku, potem spacerowała z nim po obozie, a wieczorem wyszli na spacer na plażę. Drew miała rację, już po południu całowali się, byli nową parą, sensacją w obozie, takie plotki szybko zawsze się po nim rozchodziły. A na plaży zamierzała z nim zerwać i mieć go z głowy. Tyle, że Tim ją uprzedził. Afrodyta, chwilę po śniadaniu z Drew, uznała go, więc postanowił to wykorzystać. I tak Tim został rekordzistą, a Drew musiała szukać nowej ofiary.
-Ohh, ciekawe jaką miała wtedy minę. - Roześmiałam się.
-Na pewno interesującą. Teraz twoja kolej. Opowiedz coś.
Zasępiłam się. Nie miałam zbyt wiele do opowiadania. Moje życie nie było szczególnie ciekawe. Było po prostu normalne.
-O, albo coś zagraj. Proszę - przeciągnęła samogłoskę w środku ostatniego wyrazu i przechyliła głowę.
Bez zastanowienia chwyciłam za gitarę.
*
-Dobranoc - odszepnęłam blondynce na wcześniej wypowiedziane "Miłych snów."
Usłyszała mój szept, bo deszcz ustał kilkanaście minut temu. W sumie, cieszyłam się, że spadł. Powietrze było teraz rześkie, a temperatura spadła o kilka stopni, co dało naprawdę wiele. Na dworze nie było jak w piekarniku, więc łatwiej będzie nam jutro iść czy nawet oddychać.
Za to w namiotach panował lekki zaduch. Wystawiłam nogę spod kołdry, drżąc, kiedy dotknęło jej zimne powietrze. Jednak nie przeszkadzało mi to na tyle mocno, żeby uniemożliwić zaśnięcie. Zapadłam w mocny, spokojny sen, szybko i bez kłopotów.
*
Zbudził mnie hałas, krzątającej się po małym wnętrzu Annabeth. Blondynka zdążyła się przebrać, a teraz pakowała swój czerwony koc do plecaka.
-Dzień dobry. - Uśmiechnęła się do mnie, gdy zauważyła, że już nie śpię.
-Dobry - odpowiedziałam, chociaż gdzieś w głębi serca czułam, że wcale taki nie będzie. W mojej głowie znowu zagościł lekki, skryty, ale ciągle odczuwalny ból, a w duszy smętny nastrój i przygnębienie. Chciałabym tylko wiedzieć, co w ogóle je wywołało.
Zrzuciłam z siebie przykrywający mnie przez całą noc, granatowy śpiwór i zaczęłam zwijać go w rulon, żeby znów zapakować go do plecaka. Ciekawe ile razy jeszcze będę musiała to zrobić, zanim wrócimy do obozu. Może tylko raz, a może o dużo więcej.
Zdecydowanie wolałabym, żeby była to ta pierwsza opcja. Pozwalając sobie na smutek, uświadomiłam sobie jak strasznie miałam dosyć tej wędrówki. Chciałam wrócić do domu, do obozu, a nie mogłam. Tęskniłam za rodzeństwem, które w tak krótkim czasie stało się dla mnie rodziną. Tęskniłam za ogniskami. I choć tęsknotę czułam już wcześniej, nigdy tak dobijająco mocno jak teraz.
Westchnęłam cicho i smutnymi oczami zlustrowałam Annabeth. Ona też przyglądała mi się uważnie. Lustrowała mnie bystrym wzrokiem, wyglądała jakby wiedziała wszystko.
-Coś się stało? - spytała cicho.
-Nie, zamyśliłam się.- Potrząsnęłam energicznie głową, odpędzając złe myśli. Jeśli już muszę się dołować, wieczorem nawet sobie na to pozwolę. Ale w dzień muszę z tym skończyć, bo narobię sobie kolejnej przeszkody w wędrówce.
Wepchnęłam zwinięty śpiwór do plecaka. Teraz pozostawało tylko się przebrać, zjeść i mogliśmy znowu ruszać w kolejną drogę.
*
Próbowałam skupić się na żartach Leona, jednak za nic mi to nie wychodziło. Jakkolwiek nie wzbraniałabym się przed myślami, ciągle przychodziły. Każda kolejna była coraz bardziej męcząca. W końcu doszło do tego, że zaczęłam się zastanawiać po co w ogóle tu jestem, skoro i tak nie robię nic specjalnego. Byłam tam niepotrzebna.
Próbując pozbyć się głupiej myśli, powiedziałam zirytowana, potrząsając gwałtownie głową:
-Koniec! Stop!
Reszta zdezorientowana obejrzała się na mnie. Nie musieli nic mówić, bym mogła wyczuć pytanie o co chodzi.
-Nie, nic. Nie przejmujcie się - mruknęłam cicho.
Niestety, nawet wypowiedzenie na głos komendy do zaprzestania nie zadziałało. Dodatkowo, zupełnie nie rozumiałam o co chodzi. Miałam myśli prawie jak przyszły samobójca, a zawsze byłam osobą pogodną. W każdym razie, na pewno nigdy nie było aż tak źle. Było tak, jak gdyby coś mi je zsyłało. Jedyne co mogłam zrobić, to skupić się na odpychaniu ich. Nawet jeśli dotychczas nie działało, gorzej być nie może, a lepiej robić cokolwiek, niż pozwolić im całkowicie opanować mój umysł.
Poprawiłam pozycję plecaka na moich barkach i ponowiłam starania w odizolowaniu się od własnego umysłu.
*
-Może czas na postój? - zaproponowała Piper, widząc, że większość z nas ma już dość marszu. Gorąco jej przytaknęłam. Nie dość, że coś zesłało na mnie depresję, to Annabeth zawzięła się i postanowiła dzisiaj przejść chociaż kilometr więcej niż zwykle.
Przyklapnęłam przy drzewie obok Jamesa. Jedynym plusem dzisiejszego dnia było to, że upał odpuścił trochę. Dało się odczuć jedynie przyjemne ciepło, a nie okropny gorąc.
-Coś dzisiaj taka nieobecna? - James posłał mi uśmiech.
-Tak jakoś. Gorszy dzień.- Wzruszyłam ramionami.
-Musi być jakiś powód - orzekł, próbując skłonić mnie do rozmowy. W odpowiedzi, jedynie zagryzłam wargę i trwałam w milczeniu.
Odwrócił głowę w moją stronę, zaglądając mi w oczy.
-Hej, wiesz, że nie musisz się mnie bać. Możesz mi powiedzieć, co się dzieje.- Pogładził moją dłoń kciukiem.
-James, tyle, że ja sama nie wiem, co się dzieje. Od rana jakby coś zsyłało mi negatywne myśli. - Założyłam ręce na piersi, właściwie nieświadomie uciekając od jego dotyku. W jego oczach przez chwilę dało się dostrzec nadzwyczajny błysk, taki, który u niego jeszcze nie zagościł. Niestety, nie umiałam zdefiniować co to.
-Przykro mi, ale nie wiem w takiej sytuacji jak Ci pomóc. Skoro nie wiesz co ci je zsyła, nie mogę tego jak zły, niedobry wilk zjeść. A tak strasznie chciałem... - spuścił wzrok, udając, że jest wielce zasmucony.
Parsknęłam cichym śmiechem.
-Właśnie, panie zły wilku, na chwilę to zjadłeś. Dziękuję. -Uśmiechnęłam się do niego pogodnie.
-Nie ma za co. - Parsknął śmiechem radośnie.
Na chwilę zapadło milczenie, ale nie była to niezręczna cisza. Z takiego rodzaju spokoju nawet się cieszyłam. Tylko James przysunął się jeszcze bliżej mnie, stykając nasze ramiona. Zerknęłam na niego kątem oka. Zadowolony z siebie uśmiechał się pod nosem.
-Panie, panowie i wilki, zbieramy się! Już, już, bo Annabeth zabije nas ciosem książką! - intymny nastrój sytuacji przerwał krzyk Leo. Blondynka spiorunowała go wzrokiem za komentarz na końcu. - O, proszę, ja zginę jako pierwszy! - dodał. Córka Ateny wywróciła oczami. Zachichotałam. Leo zawsze umiał odegrać głupkowaty teatrzyk.
Zanim się zorientowałam, James wyciągał do mnie dłoń, by pomóc mi wstać. Skorzystałam z niej i ponownie rozpoczęliśmy marsz przez las.
*
-Patrzcie, tam.- Annabeth wskazała palcem na czarną, przebiegającą między drzewami sylwetkę. Zaczęłam śledzić ją wzrokiem. Wyglądała jak lekko zmutowany genetycznie człowiek, poruszała się nienaturalnie szybko. W oddali, kątem oka zauważyłam jeszcze jedną taką.
-Nie chcę niepokoić... Ale chyba trzeba będzie walczyć.- Sięgnęłam po łuk, który dotychczas spokojnie zwisał przewieszony przez moje ramię. Wiedziałam, że lepiej być już przygotowana. Leo zapalił w rękach, jak na razie, mały ogień, a James, sypiąc iskrami zmienił się w wilka. W tej postaci, mimo tego, że wolał być człowiekiem, radził sobie lepiej. Piper wyszarpnęła sztylet z poszewki, tak samo jak Annabeth. Obie dziewczyny chwyciły broń wygodnie i zaczęły śledzić wzrokiem cienie. Wszyscy byliśmy gotowi do walki.
Dwie postacie w dalszym ciągu biegały pomiędzy drzewami. Wyglądało to na groteskową wersję berka, tylko że tej drugiej nie zależało na złapaniu "uciekającej". Niesamowicie szybko, chociaż nienaturalnym zygzakiem, zbliżały się do nas.
Instynktownie nałożyłam strzałę na cięciwę, gotowa, żeby wystrzelić. W ciągu kilku sekund postacie wypadły z lasu na drogę. Zaczęły krążyć wokół nas w zabójczym tempie. Posłałam strzałę w kierunku jednego ze stworzeń, jednak wbiła się ona tylko w jego ramię, nic mu nie robiąc. Będzie trudno z nimi walczyć, bo ich atutem była szybkość, więc łucznik miał bardzo małe szanse. Zanim strzał zdążył dolecieć, cel już był daleko. Ale musieliśmy sobie poradzić.
Posyłałam w kierunku czarnych kreatur strzałę za strzałą, jednak nigdy nie trafiały tam, gdzie chciałam by trafiły. Po chwili, stwierdziłam, że muszę celować trochę bardziej przed stwory, niż normalnie. Wystrzeliłam jeden taki pocisk. Ten trafił już celniej.
Od tamtej chwili, posyłałam strzały mocniej w przód. Ja zajęłam się jednym potworem, a James próbował gryźć drugiego. Miałam tylko nadzieję, że nagle nie wpadnie mu do głowy pomysł, żeby rzucić się na tego, którego aktualnie atakowałam ja. Mogłam przy okazji zrobić krzywdę mu, a zdecydowanie wolałam tego uniknąć.
W kołczanie już kończyły mi się strzały, a postacie dalej żyły. Co prawda, biegały już zdecydowanie wolniej, ale nie było im jeszcze zbyt blisko do grobu.
Posłałam ostatnie kilka strzał, najcelniej jak umiałam. Rzeczywiście, tak bardzo chciałam, żeby trafiały, że było to zdecydowanie najlepiej wystrzelone pociski.
Odwiesiłam łuk z powrotem na ramię i sięgnęłam po sztylet. Teraz jedyne co mogłam robić, to walczyć właśnie nim.
*
-Ykhm... - chrząknęła Piper, wskazując głową przed siebie. Stały tam dwie empuzy, szczerząc ząbki w podłych uśmieszkach.
-Super- prychnęłam. W ciągu dwóch, może trzech godzin, była to już nasza piąta walka. Najpierw były cieniste, podobne do ludzi istoty, później jeden z byków, które widzieliśmy na początku, niedługo potem ptaki stymfalijskie, przy których mieliśmy już dosyć. Pokonaliśmy je, męcząc się zdecydowanie bardziej niż przy początku walk. Czwartą bitwę, stoczyliśmy z małymi wersjami piekielnych ogarów. Pokąsały nas i podrapały, a dodatkowo umęczyły, więc mieliśmy nadzieję, że była to ostatnia walka. Niestety, nasze modły nie zostały wysłuchane.
Dwie cheerleaderki stały koło siebie, idealnie zgrane. Normalne nogi miały proste, a te ze spiżu lekko ugięte. Zewnętrzną rękę założyły na odsłonięte biodro. Jak przystało na cheerleaderki, ich czerwono-białe spódniczki sięgały do połowy uda, a bluzki ledwo do pępka. Potwór stojący po naszej lewej miał proste, czarne włosy upięte w końskie ogony po bokach głowy, za to włosy jego koleżanki były zupełnym przeciwieństwem. Kręcone, jasne włosy opadały luźno na jej plecy, nieograniczone gumką czy wstążką.
Nim zdążyłam zareagować, James zmienił postać na wilczą i ruszył dużymi susami w ich stronę.
-James!- wrzasnęłam. Pożałuje tego. Jak nie zginie przez to, że sam się na nie rzucił, ukatrupię go za głupotę. W tamtej chwili nie było czasu na takie myśli. Gdy tylko mój mózg zakodował, że wilk w ogóle ruszył w miejsca, pobiegłam za nim, sięgając do kołczanu po strzałę. Odzyskałam wszystkie, po walce spokojnie zbierając je z ziemi lub wyjmując z ciał stworów.
Wyciągałam nogi najbardziej jak umiałam, by znaleźć się na tyle blisko empuz, by z powodzeniem strzelić przed tym, zanim zdążą mocno poranić Jamesa. Chłopak niestety, jakkolwiek bym się nie starała, wygrywał. Skoczył na jedną potworę, podczas gdy ja dopiero mogłam zacząć zwalniać do strzału.
Blondynka, która została jego ofiarą, została brutalnie powalona na ziemię. Powodując mój krzyk, wilk został jeszcze brutalniej zrzucony z kreatury. Przeturlał się po ziemi, piszcząc. Zaraz wstał i skoczył z zębami do brzucha dziewczyny, jeśli mogłam ją tak nazwać. W tym momencie odwróciłam wzrok. Nie miałam siły patrzeć jak James jest przez nią poniewierany, a w między czasie podgryza ją. Zajęłam się, więc brunetką.
Wypuściłam w jej stronę strzałę, trafiając w ramię. Głośno syknęła, marszcząc czoło.
-Ej, nie rób takiej miny, bo ci tak zostanie! Mama nie mówiła?- Leo wyskoczył na nią z rękami w ogniu. Nie wiem skąd i kiedy wziął się koło niej, ale zdołał podpalić jeden z kosmyków jej czarnych włosów.
Wywołał tym u niej moment zaskoczenia, w którym zastygła w bezruchu. Wykorzystałam sytuację, strzelając do niej. Strzała trafiła w brzuch. Teraz, trzeba było ją tylko dla pewności posiekać. Chociaż empuzy to samo zło. Pewnie jeszcze zmartwychwstanie i tyle z planów łatwego zabójstwa.
*
-James...- Klęknęłam przy chłopaku, leżącym na drodze. Zdołał zabić cheerleaderkę sam, ale przy okazji mocno się poturbował. Piper i Annabeth dzieliły się teraz z Leo ambrozją, bo z lasu wylazły dwie kolejne blondyny, które trzeba było pokonać i zajęły się nimi właśnie one, a tamta skubana, której syn Hefajstosa podpalił włosy jeszcze długo się broniła. Moja myśl o zmartwychwstaniu była bardzo bliska prawdy.
Stojąc jedną nogą nad grobem, zdołała podrapać mi ramię do krwi i skopać udo tak, że wręcz czułam jak robi mi się olbrzymi siniak. Zmęczyła mnie, czułam jak od biegania za nią pulsują mi stopy, a ból w głowie nasila się.
Pomimo bólu, wbiłam jej sztylet w głowę. Teraz byłam pewna, że to ostateczny cios. Upadła na ziemię, dygocząc. I magicznie, wręcz cudem, usiadła i ugryzła mnie w łydkę. Mocno zabolało, lecz gdy tylko skończyłam z nią walczyć i ogarnęłam wzrokiem sytuację, widząc dziewczyny dobijające dwa stwory oraz Jamesa zakrwawionego na poboczu, skierowałam się właśnie do niego, nie zważając na ból.
-James...- szepnęłam. Nie otworzył oczu, ale wyszeptał.
-Żyję. Wszystko dobrze.
-Nie jest dobrze. Masz głęboką ranę na boku, pokopany brzuch, olbrzymiego guza na głowie, jeszcze jedną ranę na nodze i milion innych drobnych ranek. I chyba złamaną łapę. Lub rękę. Jak kto woli.
Delikatnie dotknęłam zakrwawionego boku. Skrzywił się, a wokół zamigotało kilka iskier. Nie zmienił się jednak w wilka.
-Gdy jest ze mną źle, automatycznie przemieniam się w wilka. Taki mój urok - wyjaśnił.
-To Ci coś daje?- zapytałam
-Nie wiem. Nie mam porównania, co by było gdybym się w niego nie zmieniał.
-Czemu nie pozwoliłeś się przemienić? Bez powodu się tak nie dzieje. Zmień się w niego, może szybciej wyzdrowiejesz - powiedziałam zaniepokojona. Głupi wilk, nie musiał rzucać się na najsilniejszą ze wszystkich dziewczyn sam. A teraz, muszę się o niego martwić i bać.
Chłopak lekko skinął głową, dalej nie otwierając oczu i przetransformował się w zwierzę.
-Oh, James, musiałeś się na nią rzucać? - wyraziłam swoje myśli na głos. Podrapałam zwierzaka za uchem, to było jedno z niewielu niepoobijanych miejsc.
Teraz mogłam spróbować go uleczyć. Ale wiedziałam, że będzie go to przez chwilę boleć jeszcze mocniej, niż teraz.
-Uleczyć Cię?- zapytałam. -Otwórz oko, jeśli tak.
Nie chciałam, by znów zmieniał postać, tylko żeby powiedzieć mi czy go leczyć, czy nie. Więc poczekałam na reakcję. Po chwili niepewnie uchylił jedno oko, a ja zrozumiałam czemu nie chciał mi ich pokazać. Intensywnie zielone ślepia zmieniły się w ponure, promieniujące bólem. Moje własne zaszły łzami.
-Uleczę cię. Nie możesz tak cierpieć.
Przyłożyłam lekko dłoń do jego największej rany. Zapiszczał cicho. A ja musiałam ją jeszcze docisnąć.
-Będzie dobrze. - szepnęłam i przycisnęłam rękę. James zawył z bólu. Uczucie tak go obezwładniło, że w bezwarunkowym odruchu chciał od niego uciec, wijąc się. Cierpiał teraz niemiłosiernie, ale będzie mu potem lepiej. Chociaż nie przejdzie mu od razu, dalej będzie go boleć, to mniej niż normalnie.

Oderwałam rękę, dając odpocząć mu i sobie. Dla niego było to bolesne, mnie wyczerpywało. Ale musieliśmy dać radę. Pomimo moich ran, jego bólu i moich ograniczonych sił. Musieliśmy.

---------------------
Z dedykacją dla każdego, kto nie lubi Pana Wilczka. 
I przepraszam tych, którzy go lubią. On po prostu musiał pocierpieć. 
I tak cierpi za słabo, he ;-;
Korn

10 komentarzy:

  1. Za słabo? Pan wilczek jest sweet!!! Roździał super świetny CUDO. Piszesz bajecznie. Nie mogę się doczekać nn. Weny i tym razem się nie spóźnij.

    PS
    Sorry że krótki ale jest 1 rano. Nie mam pomysłu na dłuższy komenarz :'(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zabić, nim złoży jaja. Korn, potrzymsj mi kolczyki. Idę to ubić.
      /Majalissa

      Usuń
    2. Wbiję Ci te kolczyki w oczy. Czytelników mi straszysz.
      /Korn

      Usuń
    3. Nie zrobisz tego. Bo te oczy są Ci potrzebne. A jeśli to coś lubi Jamesa, to to chyba oczywiste, że nie ma prawa żyć. ;-;
      /Majalissa

      Usuń
    4. Sandro, nie przejmuj się nią. Ale, tak, miał cierpieć mocniej. Dużo ;-;
      Nie, nie lubię go. Przepraszam.
      Ale dzięki za komentarz. Motywuje <3
      /Korn

      Usuń
    5. E.. nic się nie stało. Jak ktoś mnie nie lubi to niech sobie oszczędzi mój komentarz. A jak nie to mi nie potrzebne twoje oczy. Mogę wbić ci w nie kolczyki!

      Usuń
    6. Phi. Chciałabyś, ale nie możesz, bo czekasz na następny rozdział. A bezemnie się nie pojawi. Buahahahaha.
      /Majalissa

      Usuń
    7. By the way, Korndogu wstrętny, nadal nie wstawiłaś nastęnego, który Ci sprawdziłam!
      /Majalissa

      Usuń
  2. Masz super bloga ;) PS Czekam na NEXT

    OdpowiedzUsuń