piątek, 10 kwietnia 2015

Spóźniony rozdział.

Lubicie te spóźnione, prawda? Najlepsze, czyż nie? <3
Dedykacja dla wszystkich, którzy to czytają. Podziwiam XD

W  śnie zobaczyłam Apul. Tym razem znajdowałyśmy się w sali tronowej, niczym z bajki. Bordowe ściany, złota podłoga i tron nadawały temu miejscu jeszcze bogatszy wygląd. I kobieta, ubrana w zwiewną, srebrną sukienkę i sandałki, idealnie pasowała do tego miejsca.
Zaciekawiona rozejrzałam się wokół. Na ścianach wisiały obrazy, przedstawiające nieznane mi miejsce i jakichś ludzi, jednak wywoływały na mnie ogromne wrażenie. Na suficie wisiał kryształowy żyrandol, a na parapetach stały bukiety kwiatów w zdobionych wazonach.
Mimo, że miejsce było piękne, czułam się tu nieswojo. Nie pasowałam tutaj. Wszystko było tu wytworne, w przeciwieństwie do mnie
-Diano, podejdź. Mamy dużo do omówienia - Z zamyślenia wyrwał mnie głos kobiety. Spełniłam jej prośbę.
Spojrzałam na szatynkę z uśmiechem i zamiarem zadawania pytań, jednak uprzedziła moje zamiary.
-Tym razem nie pytasz. Mówię tylko ja, dobrze? To ważne.
Pokiwałam tylko głową. Teraz Apul zaczęła mówić.
-A więc, dobry wybór, poszliście tą bezpieczną drogą. Oczywiście, z pozoru bezpieczną. W środku czekało Was trochę niebezpieczeństw, czyż nie?
Pokiwałam głową, gdy przerwała na chwilę.
-Droga przez labirynt, zajęła Wam dzień czasu, ale zyskaliście na tym. Jesteście w miejscu, w którym bylibyście jutro późnym popołudniem - Uśmiechnęła się serdecznie, jednak zaraz spoważniała.- A jest to dla Was jak błogosławieństwo. Nawet tutaj wyczuwam napięcie panujące w waszym obozie. Hera już niedługo zaatakuje, więc musicie się spieszyć.
Zagryzłam nerwowo wargi. Piękne zmienianie tematu, z pozytywnych wieści na te okropne. Oby tak dalej.
-Co prawda, nie jesteście już daleko, ale pod koniec sprawy mogą się skomplikować. Teraz słuchaj mnie uważnie. Powiem ci coś, co może wydać ci się przerażające, dopóki nie dokończę. I masz po prostu słuchać, rozumiesz?
Wbiła we mnie spojrzenie, przemawiając jak do przedszkolaka. Poczułam się głupio, ale posłusznie kiwnęłam głową. Apul rozpoczęła wywód.
-Każda magia ma swoją cenę. Tak samo jak każdy wybór. Na razie wybierałaś same właściwe, ale nigdy nie wiadomo co zrobisz potem. A ja nie mogę w to ingerować. Jednak mogę Ci wyjaśnić parę spraw. Cały czas jesteś stawiana w obliczu wyborów, ale pod koniec drogi staniesz przed tym najważniejszym. Zadecyduje on o losie jednego z Was.
Apul chciała mówić dalej, ale mi wyrwało się z gardła krótkie :
-Co?
To wystarczyło, by bogini zaczęła się rozmazywać. Jedyne, co zdążyła mi jeszcze powiedzieć to :
-Miałaś nie odzywać, kochana. To było nasze ostatnie spotkanie.
I obudziłam się w namiocie, leżąc koło Annabeth i mrużąc zaspane oczy przed pierwszymi promykami słońca.
*
Odkąd zostałam zbudzona przez słońce, zastanawiałam się, czy opowiedzieć reszcie o śnie. Rozważałam obie opcje, patrząc na plusy i minusy przy śniadaniu oraz pakowaniu bagaży. Ostatecznie, zarzucając plecak na ramiona, uznałam, że nie ma sensu. Może było to niepokojące, jednak nie chciałam martwić ich mocniej niż już byli zestresowani. Bo przecież na pewno byli. A może to tylko ja?

Ruszyliśmy w dalszą drogę, korzystając z każdego napotkanego cienia. Słońce grzało, wiatru brak, było ciepło jak w piekarniku, więc choćby kawałek drogi w chłodzie był niczym błogosławieństwo. Bez problemu dało się odczuć zmianę temperatury, kiedy wchodziło się w miejsca ciemnych plam.
Krótką chwilę po rozpoczęciu wędrówki rozpoczęliśmy zaciekłą dyskusję na temat swoich podejrzeń co się dzieje w obozie.
Niestety, nie były to wesołe myśli. Każde z nas skupiało się bardziej na przypuszczeniach o przygotowania do wojny. Nie wierzyliśmy, że w obozie może trwać teraz sielanka. Nie było na to nawet najmniejszej szansy i nikt nie zamierzał się łudzić.
Przez taki temat powpadaliśmy w melancholijne nastroje. Annabeth, dla której obóz był domem od wielu lat, oczy posmutniały najmocniej.
-Nigdy nie lubiłam tego głupiego babsztyla - Zagryzła wargi, przerywając na chwilę szept.- ale nie spodziewałam się, że posunie się do czegoś takiego jak zniszczenie wszystkich herosów.
-Nie damy jej tego zrobić. Nie martw się - James uśmiechnął się pokrzepiająco.
Annabeth słabo odwzajemniła uśmiech. Pomimo szczerych chęci, trudno było być teraz optymistą.
-Może zmieńmy temat na bardziej przyjemny, co? Kwiatki, ptaszki? - usłyszałam zza pleców głos Leo.
-Może niekoniecznie kwiatki, ale przydałoby się. Ktoś chętny by pośpiewać?
Moja propozycja została zaakceptowana wręcz z entuzjazmem.
-Szkoda, że nie mamy podkładu. Chciałabym mieć teraz przy sobie gitarę z obozu.
Ledwo zdążyłam zamknąć usta, w moich rękach pojawił się instrument. Uniosłam brwi zdziwiona, a Leo wykrzyknął ku niebu :
-Jak giniemy, to nie zsyłacie pomocy, a jak chcemy pośpiewać, to dostajemy gitarę? Ludzie, czy cokolwiek, co przysłało nam ten podarunek, gdzie tu jest logika?
Szturchnęłam go lekko łokciem w żebra.
-Może i logiki nie ma, ale marudzić nie ma co. Więc, śpiewajcie, a ja zagram.
Zaczęłam grać piosenkę, którą zawsze śpiewaliśmy przy obozowym ognisku. I, choć z początku cicho, w końcu wszyscy śpiewali dobrze znane nam słowa.
*
Podnieśliśmy się z ziemi do dalszej wędrówki. Był to drugi przystanek dzisiejszego dnia, a zapowiadało się na jeszcze jeden za dwie, może trzy godziny drogi. Trzeba dodać, że nudnej drogi. Jedyne co umilało nam marsz to radosne śpiewy, które niestety szybko się nudziły, więc można było przerywać nudę muzyką kilka razy, ale zawsze na krótko.
Przed nami rozciągał się las liściasty, ze sporą ilością drzewek i krzaków. Bez wątpienia coś mogło się w nich kryć, jednak najlogiczniejszym wyjściem było iść przez niego. Droga była w dobrym stanie, jej nic nie zasłaniało, więc zawsze mogliśmy po prostu zacząć uciekać.
Powoli wkroczyliśmy w plamę cienia, rzucanego przez drzewa. Zielone liście nad nami szeleściły od wiatru, który zerwał się w okolicach południa. Zupełnie nie przeszkadzał w wędrówce, wręcz pomagał nam, dając przyjemne ochłodzenie i rozwiewając włosy.
Gdyby nie perspektywa potworów czyhających w zaroślach, mogłoby być tu całkiem przyjemnie. Po miękkim mchu miło by się biegało, a krzaki jagód, nawet jeśli bez owoców, dodawały temu miejscu klimatu.
Atmosfera i pozytywne myśli sprawiły, że mimowolnie przyśpieszyłam trochę kroku.
-Hej, gdzie się tak śpieszysz? Zachowaj siły, przydadzą się, gdybyśmy musieli uciekać - Annabeth ciągle rozglądała się na boki, chcąc być gotowa na wszystko.
-Jasne, jasne - Pokiwałam głową do blondynki. Miała rację, rzeczywiście na razie nigdzie się nam nie spieszyło. Mogłam iść wolniej, a pędzić na wypadek ataku wściekłej bestii.
-Szzz... Słyszeliście? - szepnęła Annabeth, po czym gwałtownie zatrzymała się. Skutkiem tego było moje wpadnięcie w jej plecy. Syknęłam, rozmasowując sobie nos, którym uderzyłam w tył jej głowy.
-Co? - spytał Leo. Szatyn oddalił się chwilowo myślami gdzieś daleko i nie wiedział o co chodzi.
-W krzakach coś jest. Słuchajcie - poleciła blondynka.
Z pulsującym sercem wyciszyłam się, by usłyszeć szelest. Skierowałam wzrok trochę bardziej w przód.
Moim oczom okazały się dzikie róże, potrząsane przez coś. Z niepokojem sięgnęłam cicho po łuk, czekając aż stwór wybiegnie na drogę, albo chociażby wyjdzie z krzaków.
Nastąpiło to stosunkowo szybko, chociaż strasznie się przeciągało. Z krzaków na trawę obok drogi wyskoczyła młoda sarna.
-Wow. Iście zabójcze stworzenie -Uśmiechnął się kpiąco Leo. Zwierzę przeskoczyło na drugą stronę szosy i zniknęło pomiędzy drzewami. My za to ruszyliśmy dalej.
*
-Idziemy potem dalej, czy już kończymy? - spytała Piper, odkładając plecak na ziemię.
-Możemy zostać. Chwilę odpoczniemy i porozdzielam Wam role - stwierdziła Annabeth, również zrzucając pakunek z ramion.
Wszystkie rzeczy zostały rozłożone na małej polance obok drogi, z drugiej strony otoczonej przez drzewa. Co prawda, las nie ciągnął się już długo dalej i mogliśmy wyjść z niego, ale również nie był tak gęsty jak na początku, a krzaki zasłaniające niebezpieczeństwo zniknęły, więc czuliśmy się tu bezpieczniej niż na otwartej przestrzeni.
Całą piątką rozsiedliśmy się przy bagażach, patrząc na zachodzące pomiędzy drzewami słońce. Wszyscy nagle zamilkli, zapanowała nienaturalna cisza, ale nikomu to nie przeszkadzało. Mogliśmy w spokoju pogrążyć się w myślach.
Ten dzień był wyjątkowo spokojny. Po prostu cały czas maszerowaliśmy, raz przez las, raz przez pola, wesoło gawędząc, opowiadając sobie żarty lub śpiewając. Nie działo się nic, żadnych groźnych wydarzeń, było po prostu luźno.
I w sumie, cieszyłam się z tego. Nie ma co na siłę dokładać sobie problemów.
-Diana, pójdziesz po opał z Piper? - Głos Annabeth wyrwał mnie z zamyślenia.
-Tak, tak, jasne - opowiedziałam szybko, wstając. Otrzepałam spodnie z piachu i trawy, gotowa, by iść.
Zboczywszy z drogi, ruszyłyśmy w las.
*
Spuściłam na grunt masę patyków. Leo od razu wziął się do ułożenia ich w stosik i podpalenia. Nie chcieliśmy zostać bez ogniska po ciemku.
Drewno zajęło się ogniem, a chłopak odezwał się:
-Gotowe. Możemy wyjmować talerze i jeść kolację w cieple.
Piper sięgnęła do plecaka po naczynia, rozdając każdemu po jednej sztuce. Już za chwilę na talerzu każdego z nas pojawiło się jedzenie.
-Kto z kim dzisiaj śpi? - zapytałam pomiędzy kęsami tortilli.
-Mogę spać z Tobą - stwierdził James, uśmiechając się. - O ile Leo zechce spać sam...
-To będzie dla mnie zaszczyt. Będę mógł w spokoju skopać coś koło mnie i nie mieć wyrzutów sumienia za siniaki.
Rozczochrałam mu włosy, mówiąc:
-Właśnie zdradziłeś mi, skąd na moich nogach mam siniaki. Było tego nie robić.
-Aj, no, wybacz. Leo potrzebuje dużo miejsca - Uśmiechnął się, próbując udawać niewinnego. Na ten widok wybuchnęłam głośnym śmiechem.
-Bez urazy, ale wyglądasz teraz jak idiota.
-Czyli jak zawsze - Wzruszył ramionami i powrócił do jedzenia kanapki. Roześmiałam się raz jeszcze.
*
Po zagraniu przeze mnie kilku piosenek rozeszliśmy się do namiotów. Rozsiadłam się wygodnie na kocu, trzymając gitarę przy sobie. Nie miałam ochoty jej puszczać, czułam się lepiej mając ją w rękach.
-Zagrasz mi coś jeszcze? - James uśmiechnął się do mnie.
-Jak ładnie poprosisz...- mruknęłam.
-Proooooszę - Chłopak zrobił oczka szczeniaka. Nie potrafiłam odmówić.
Zastanowiłam się nad wyborem piosenki. Niestety, nic nie przychodziło mi do głowy. Rozglądnęłam się po wnętrzu namiotu, szukając inspiracji.
Kiedy akurat spoglądałam na swoją poduszkę, przypomniała mi się melodia, którą Apul kiedyś nuciła w moim śnie. Zaczęłam grać, ledwo muskając struny palcami.
Całkowicie skupiłam się na muzyce, nie zważając na Jamesa. Już z pierwszymi dźwiękami przywołała ona wspomnienia, o których przy bogini nawet nie miałam czasu pomyśleć.  Bal gimnazjalny, na którym tańczyłam do tej piosenki z moim najlepszym przyjacielem. Kiedy mama w dzieciństwie śpiewała mi ją, gdy nie mogłam spać. Chwila, w której słowa tej piosenki wydawały się idealnie pasować do chłopaka, do którego jeszcze niedawno wzdychałam. I chociaż na pewno były to miłe wspomnienia, teraz wydawały mi się odległe i tak strasznie nieważne.
Wolałam skupić się na chwili obecnej. Miałam przed sobą cudownego przyjaciela i mogłam mu to zaśpiewać, a nie tylko zatańczyć do niej, jak kiedyś. Nawet jeśli nic do Jamesa nie czułam, nie wydawało mi się dziwne granie tej piosenki.
-A ja będę Twym aniołem... - zaczęłam cicho śpiewać. James, który z chwilą zaczęcia spoważniał, znów delikatnie uniósł kąciki ust w uśmiechu.
Słowa wypływały z moich ust niepewnie, ale naturalnie, bez oporu. Lekko, nie czułam zero stresu z powodu obecności wilkołaka. W sumie, widział mnie w już tak wielu sytuacjach, że gorzej być nie może.
-Twym aniołem... - zakończyłam śpiew.
-Zatkało mnie. Rozczuliłaś mnie tą piosenką - Zrobił zbolałą minę, opuszczając bezradnie ramiona.
-Oj, no chodź tu, bo wyglądasz jak zbity wilk - Przytuliłam się do niego lekko. Odwzajemnił uścisk, zatrzymując mnie w nim przez chwilkę.
-Zadowolony? Możemy iść spać?
-Możemy - Skinął głową, sięgając po latarkę. Kiedy wpełzłam pod kołdrę, pstryknął włącznik i zapadła ciemność.
Ułożyłam się wygodnie i szepnęłam:
-Dobranoc, James.
-Dobranoc, Diana - usłyszałam cichutką odpowiedź.
*
Maszerowaliśmy od niecałej godziny, jednak już byliśmy zmęczeni. Staraliśmy się iść żywo i energicznie, z obawy, że będziemy musieli dziś skończyć wcześniej. Ciemne chmury zebrały się na niebie, grożąc ulewą. Niestety, gdyby teraz nagle lunęło, nie mieliśmy się gdzie schować, bo zdążyliśmy wyjść z lasu.
-Oby teraz nie zaczęło lać - wyraziłam swoje obawy, kopiąc kamyk który napatoczył mi się pod nogę, w wysoką trawę, porastającą cały widoczny obszar dookoła ścieżki.
-Halo, dzień dobry, instytucja zsyłania gitar? - Leo spojrzał w górę, machając ręką, jakby wzywał kogoś. - Dajecie też parasole?
-Niestety, obawiam się, że nie.- Ann skrzywiła się. Jednak nie mogliśmy nic zrobić. Ruszyliśmy dalej, gęsiego, z powodu wąskiej dróżki. Mi przypadło wędrowanie jako ostatnia.
Po krótkiej chwili wędrówki zerwał się silny wiatr. Powiedzieć, że silny to za mało. Zatrzymywał nas, marsz z sekundy na sekundę stał się mordęgą.
-Co jest...? - mruknęłam, próbując iść dalej i pokonać wichurę. Bez skutku. Jedyne co się zdarzyło to to, że na mojej twarzy wylądowała kępa trawy, rosnącej obok.
Otrząsnęłam się z niesmakiem z roślin. W tej samej chwili, gdy zieleń poszybowała dalej, usłyszałam za sobą kroki. Obejrzałam się za siebie zaskoczona. Było tego nie robić.
Kilkanaście metrów ode mnie stał nienaturalnie wysoki człowiek, którego widziałam już kiedyś w koszmarze. Jego blada skóra, zwłaszcza na twarzy, była miejscami przezroczysta. Stwór miał zapadnięte kości policzkowe, jak gdyby nie jadł od bardzo dawna, oraz  puste, czarne, nieludzkie oczodoły. Co najgorsze, płonął.
Absurdalnie, w mojej głowie pojawiła się myśl, żeby tylko nie spalił trawy obok. Ale nie było teraz pory na takie myśli.
 Jego rude włosy, długością sięgające ramion, rozwiewał wiatr i rudzielec powoli zaczynał zbliżać się do mnie.
Odwróciłam się do przodu, ledwo zauważając, że reszta nagle zniknęła i ruszyłam biegiem, tak jakby razem  z nimi zniknął też wiatr.

To była walka o śmierć i życie. To czy wiało, czy nie, nie miało teraz znaczenia.


---------
Tak, musiałam przerwać w takim momencie B)
Do widzenia.
~Korni

6 komentarzy:

  1. Czemu taki konic? (Pewnie mnie nieznasz ale informuję cię że będę twoją nową czytelniczką) Po przeczytaniu całości uznaję iż: piszesz świetnie, nasz wspaniałe pomysły i cudne rozpoznanie w bohaterach. (Często zdarzało mi się trafić na bloga gdzie Annabeth zachowywała się jak głupia. Diana jest słodka i te rozterki. Czuję się jak w Violettcie. Leo czy James oto jest pytanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ohhh, ktoś oprócz Mei i Lucka to czyta.
      Sugoi! :'3
      Dzięki za pochwały, ale nie wiem czy to o Violettcie też mam uznać za komplement.
      A co do ostatniego zdania - cel osiągnięty. Nikt nie wie z kim ją zeswatam XD
      /Korni

      Usuń
    2. Korndogu, ja bym się załamała, gdyby mnie ktoś porównał do Violetty. A co do Leo i Jamesa, to żadne pytanie. Nikt nie lubi Pana-Idealnego-Wilka, nawet Korn. A wiem to, bo tak trochę korektoruje jej rozdziały, a dopiski mówią same za siebie. :')
      /Majalissa

      Usuń
  2. Gdzie mnie tu z tym spoilerem?! XD
    Poza tym, byli ludzie, którzy go lubili.
    /Korn :'3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zabić, zgwałcić zwłoki, poćwiartować i zakopać głęboko pod ziemią, zanim złożą jaja.
      /Majalissa

      Usuń
    2. Mei... Idź se, straszysz ludzi XD
      /Korn

      Usuń