środa, 22 lipca 2015

Rozdział któryś tam :v

Nawet się nie tłumaczę.
Miłego czytania.
Korn.


*szybkie sprawdzenie przed wrzuceniem*
Hm, może wrzucę Wam to z jej (moja beta <3) komentarzami? XDD

- James, musimy Cię wnieść do namiotu. Tu jest za twardo i zimno  - powiedziałam, odrywając rękę od jego boku. Nie krwawił już z rany tak mocno jak wcześniej, lecz krew dalej powoli się z niej sączyła. Nie zdołałam jej wyleczyć do końca i wiedziałam, że nie dam rady tego zrobić. Już odczuwałam zmęczenie i jedyną pomoc, jaką będę mogła zaoferować Jamesowi, to uleczenie drobnych zadrapań na łapach.
W czasie gdy ja odpoczywałam po leczeniu, chłopak zmienił się w człowieka.
- Diana... - zaczął mówić. Nachyliłam się do niego, by mógł szeptać, nie wysilając się zbytnio - Nie dacie rady. Bo niby jak? Za łapy?
- Jasne, że nie. Myślałam, żeby przenieść Cię na kocu. Tak będzie łatwiej - Odgarnęłam za ucho kosmyk splątanych włosów, który opadł mi na twarz.
- Tak może dacie radę. Ale ja nie dam. Nie ruszę się stąd. Z trudem powstrzymuję się od jęku teraz. Nie zmuszę się do ruchu. - Prawie niezauważalnie pokręcił głową.
- Musisz, James. W namiocie będziesz bezpieczny. A co zrobisz, jak w nocy coś przyjdzie? Dasz radę. To tylko przeturlanie się - powiedziałam, starając się zabrzmieć przekonująco.
- Nie dam. Silny, nieustraszony wilk istnieje, ale teraz gdzieś znikł. Boję się jeszcze większego bólu - Zagryzł wargi niespokojnie.
- Zrób to dla mnie. Proszę. To tylko chwila, a potem będzie Ci lepiej. Wiem, że cierpisz, ale będzie gorzej jeśli tu zostaniesz.
 Pogładziłam go po policzku. Uśmiechnął się lekko i odszukał wzrokiem moje oczy. Widziałam w jego ślepiach  ból, ale przez chwilkę gościły tam też wesołe iskierki. To nie była jednak odpowiedź. Postanowiłam kontynuować.
- Zrobisz to dla przyjaciółki, prawda?- Uśmiechnęłam się do niego łagodnie.
- Przynieś koc. Postaram się - westchnął i zmienił się w wilka. To nie będzie łatwe. Przeniesienie go na ten koc, samo w sobie będzie wyzwaniem. A co dopiero na nim do namiotu. Zagryzłam wargę. Damy radę. Dziwniejsze rzeczy już się tu robiło.
Podeszłam do plecaka, który w czasie walki zrzuciłam z ramion gdzieś pośrodku drogi. Leżał tam gdzie go zostawiłam, sponiewierany przez upadek z wysokości.
Przykucnęłam przy nim, by wyciągnąć z wnętrza koc. Zaczęłam grzebać, przedzierając się przez ciuchy, bandaże i resztę potrzebnych w czasie wędrówki rzeczy. Kiedy wreszcie natrafiłam ręką na miękki materiał, uśmiechnęłam się triumfalnie. Wyszarpnęłam go szybko, chcąc wracać do Jamesa.
Wstałam gwałtownie, uderzając głową w czyjąś brodę.
- Przepraszam - Okręciłam się na pięcie, umożliwiając sobie zobaczenie, komu sprawiłam ból.
- Nie ma za co -Annabeth rozmasowała sobie podbródek - Nic ci nie jest?
Przyłożyłam rękę do głowy.
- Nie, tylko trochę boli. A Tobie? -zapytałam.
- Szczęki mi nie połamałaś. Przeżyję - Uśmiechnęła się do mnie zdawkowo, a ja ruszyłam powoli do wilka.
Córka Ateny poczłapała za mną.
- Co z nim? Bardzo źle? - spytała, patrząc w stronę wilkołaka. Aktualnie był przy nim Leo. Chłopak przemawiał do tego drugiego, kręcąc się niespokojnie. Najwyraźniej nie wiedział co ze sobą zrobić, by jakkolwiek pomóc, a nie chciał być bezużyteczny.
- Nie jest śmiertelnie ranny, ale cierpi. Zajęłam się najgorszą raną, ale jest jeszcze nie do końca wyleczona. Nie jest też jedyną poważną, a ja zaczynam się już teraz męczyć. Nie dam rady mu pomóc bardziej, niż uleczenie zadrapań - Przygryzłam wargę.
- Spokojnie. Nie musisz tego robić od razu magią. Samym założeniem opatrunku, czy nałożeniem maści mu pomożesz. Taki urok dzieci Apolla - powiedziała, próbując mnie uspokoić. Nie zadziałało. Chciałabym, żeby w ogóle przestał cierpieć.
- Oh, Diana, naprawdę. Już i tak dużo zrobiłaś - przekonywała, jakby czytając mi w myślach. Tym razem poskutkowało trochę bardziej.
- Dobrze, rozumiem. Ale teraz lepiej przenieśmy go do namiotu.
- Tak, tak. Chwała Piper, że zdążyła je rozłożyć.
*
Zerknęłam na śpiącego wilka. Jego klatka piersiowa unosiła się rytmicznie, oddychał równo, spokojnie wdychając i wydychając powietrze. Obserwowałam go, jednocześnie myśląc o tym, co zdarzyło się w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu minut.
Samo przenoszenie go, sprawiło mu ogromny ból. Jeśli można porównać zwierzęcy skowyt do krzyku, w życiu nie słyszałam, żeby ktoś tak głośno i przeraźliwie krzyczał. Pomimo bólu w moim sercu, kiedy słyszałam jego pisk, przenieśliśmy go do namiotu. Cierpiał przez chwilę niemiłosiernie mocno, ale tutaj, na miękkim śpiworze, w pobliżu ogniska będzie mu lepiej niż na twardej ziemi.
 Jedyne co zdążyłam zrobić, zanim wyczerpany zapadł w sen, to było obandażowanie mu najgorszych obrażeń i wyleczenie zadrapań na jednej z łopatek. Potem zasnął, a ja zaprzestałam leczenia. Nie chciałam go zbudzić, a na dodatek, nie wiem czy sama miałabym siłę na coś jeszcze.
Nadal patrzyłam na Jamesa. Zaczęłam martwić się o jutro. Skoro dziś tak strasznie cierpiał przy przeczołganiu się na koc, nazajutrz nie będziemy mogli wędrować. Nie da rady iść.
Oczywiście, nie miałam mu tego za złe. Nie jego wina, że rzucił się sam na empuzę, która tak strasznie go pokaleczyła .No dobra, jego wina. Ale nie mogłam się gniewać za to, że teraz cierpi i nie może maszerować po kilka, lub nawet kilkanaście kilometrów dziennie.
Jednak ten jeden dzień mógł dużo zmienić. Kto wie, co dzieje się w obozie? Może już pojutrze Hera będzie gotowa, by go zniszczyć? I ten jeden dzień będzie dla nas zgubny?
- Diana, wyjdziesz na chwilę zjeść, czy zostaniesz tutaj? - Leo wsunął głowę do namiotu. Podskoczyłam nerwowo na dźwięk jego głosy. Zamyślona nie usłyszałam nawet jak otwiera namiot.
- Wyjdę. Chyba nic mu nie będzie, jak chwilę pośpi sam.
- Nie, da sobie radę. Nie martw się - Wyciągnął do mnie rękę, by pomóc mi wstać.
Skorzystałam z niej i wyszłam, rzucając Jamesowi jeszcze jedno, zatroskane spojrzenie.
*
Zdmuchnęłam okruszki z talerza. Zawirowały przez chwilę w powietrzu nad ogniskiem, i ten moment wybrała sobie Piper, by zacząć rozmowę.
- Czy tylko mnie zastanawia, czemu nagle potwory zaczęły nękać nas w takich ilościach? Przecież wcześniej były dni, w których nie spotykaliśmy niczego.
- Nie tylko Ciebie. Ale myślę, że prawdopodobne jest to, iż po prostu zbliżamy się do końca krainy. Do wyjścia. Im bliżej końca, tym trudniej. Więc, w sumie, powinniśmy się cieszyć.
- To tak jak z grami -podchwycił Leo - Na końcowych poziomach jest zawsze najtrudniej. Jak myślisz, Ann, będziemy walczyć z bossem? - Uśmiechnął się.
Zabrzmiał jak kilkuletni chłopiec, zafascynowany nową grą, którą dostał na święta, ale nikomu to nie przeszkadzało. Jako syn Hefajstosa miał silne połączenie z mechanizmami, więc i z komputerami czy grami. Tak po prostu było i tyle.
- Jeśli chodzi ci o to, czy spotkamy na końcu coś wyjątkowo silnego, to myślę, że tak. Ale nie jestem wyrocznią, nie mogę niczego przewidzieć.
- Właśnie, wyrocznia. Diana, wyrecytuj przepowiednię. Zobaczymy czy w aktualnej sytuacji coś nam mówi.
Westchnęłam cicho i przymknęłam oczy. Kilka wyrazów wyleciało mi z głowy, a musiała być dokładna. Po chwili przypomniałam ją sobie całą.
- Czterech odważnych herosów,
zada bogom wiele ciosów.
Ptaki będą im przydatne,
lecz niektóre niepomocne .
Ogień, słońce i książki razem z miłością
zjednoczą się z odmiennością.
Bez współpracy nie osiągną nic
A zła bogini będzie lśnić.
- Hm... "Zada bogom wiele ciosów"? Czemu niby? Tylko Hera jest przeciwko nam - Leo zmarszczył nos.
- Samo unieszkodliwienie jej będzie ciosem dla bogów. Przecież jest na Olimpie ważną personą.
- Rzeczywiście, może tak. A ptaki już wiemy. Symbole Ateny, Afrodyty i Hery. Ja i Annabeth jesteśmy córkami tych dwóch pierwszych i pomagamy, a Hera nam przeszkadza.
- Następne dwa wersy też są okay. Po prostu my. I kolejne dwa też. Musimy współpracować - podsumowałam.
- W sumie nie była taka skomplikowana, jak się wydawała. Już kobiety są bardziej poplątane - Skrzywił się Leo.
- Chcesz oberwać? - Zerknęłam na niego groźnie.
- Nie, samobójcą nie jestem. Pomimo misji, które też w większości są samobójcze.
Zignorowałam jego odpowiedź, prychając.
- Idę do Jamesa. Nie chcę, żeby był tyle sam - Odstawiłam talerz na ziemię i ruszyłam do namiotu.
Kiedy weszłam do środka, wilk ciągle spał. Pewnie nawet nie zauważył mojej nieobecności. Zastrzygł jednym uchem, kiedy motałam się ze śpiworem, próbując do niego wejść. Słyszał coś przez sen, ale byłam pewna, że nie przeszkadzało mu to zbytnio.
Wreszcie udało mi się wygodnie ułożyć we wnętrzu okrycia. Przyłożyłam głowę do poduszki, słuchając jak na zewnątrz reszta jeszcze cicho rozmawia. Nie docierało do mnie o czym, ale nie sądziłam, by coś ważnego mnie omijało.
Zasłuchana w ich cichą rozmowę, nawet nie zarejestrowałam momentu utraty świadomości. Po prostu w pewnym momencie zasnęłam.
*
Rozejrzałam się po wnętrzu namiotu, mrużąc zaspane oczy. Jeszcze trochę nieprzytomna, powoli uświadomiłam sobie, że coś jest nie tak. Byłam sama.
- James, cholera - Błyskawicznie oprzytomniałam.
Coś mu się stało? Wyszedł? Jakiś potwór go zabrał?
Byłam autentycznie przerażona. Skopałam z siebie nakrycie, chcąc wybiec na zewnątrz, by sprawdzić, czy wilk jest gdzieś w pobliżu. Na klęczkach otworzyłam wejście, szybko wyszłam i wstałam, zaczynając się rozglądać dookoła.
Szybko zauważyłam gdzie jest zagubiony. Leżał przy wygaszonym już ognisku, które wcześniej paliło się w środku półkola z namiotów. Jego głowa spoczywała na łapach, a ogon miał podwinięty przy ciele. Odpoczywał, zupełnie zrelaksowany.
Kilkoma krokami pokonałam dzielącą nas odległość.
- Co ty sobie myślisz?! - syknęłam przytłumionym głosem. Gdyby tylko reszta była już na nogach, wrzeszczałabym na niego ile sił - Przestraszyłeś mnie! Bałam się o ciebie, a ty co? Leżysz sobie?
Zacisnęłam ręce w pięści, próbując się opanować. James spoglądał na mnie tylko maślanymi oczkami. Przepraszał. Widziałam po nim, że czuł się teraz źle.
- Bądź z siebie dumny, wyprowadziłeś mnie z równowagi - mimo jego poczucia winy, fuknęłam na niego.
Zmienił formę z wilczej na ludzką. Z pozycji leżącej, usiadł.
- Przepraszam. Nie chciałem cię przestraszyć - odezwał się cicho.
- Wiem. Nie chciałam się tak wściekać - Spuściłam wzrok. Widok, że jest cały i zdrowy oraz jego spokojny ton uspokoiły mnie w błyskawicznym tempie.
- Miałaś prawo. W końcu jeszcze wczoraj nie mogłem się ruszać, a dzisiaj wyszedłem z namiotu.
- No właśnie. Tłumacz mi się. Nagle ozdrowiałeś? - zapytałam, siadając obok niego.
- Nie, nie całkiem. Dalej boli, w sumie dość mocno, ale ciągle tak samo. To bez znaczenia czy siedzę, idę, stoję czy skaczę. Więc postanowiłem wyjść na świeże powietrze.
- Mogłeś mnie zbudzić i powiedzieć - Wpatrywałam się tępo w stertę czarnych od ognia patyków, w przeciwieństwie do niego. On wpatrywał się we mnie, lustrując mnie wzrokiem.
- Wiem. Ale nie chciałem przerywać twojego snu.
- Jak zwykle szlachetny cel. Niby wilkołak, a rycerskie zachowanie.
- Taki już jestem.
- Tak, tak. Jadłeś już? - Zerknęłam na niego kątem oka. Pokręcił głową.
- Nie, czekałem, aż ktoś się zbudzi.
- Nadaję się? Przyniosę talerze. I przy okazji się przebiorę.
Nawet nie czekałam na odpowiedź na pytanie. Wiedziałam, że będzie twierdząca.
*
Niedługo potem dołączyły do nas dziewczyny i Leo. Wyszli z namiotów akurat w momencie, gdy kończyliśmy śniadanie. Teraz i oni już kończyli posiłek.
- Więc dzisiaj leniwy dzień. Odpoczniemy - stwierdziła Piper.
- Tak, cały możemy spędzić na czym chcemy - potwierdziłam.
- Wcale nie. Mogę iść - zaprotestował James.
Obróciłam głowę w jego stronę i parsknęłam śmiechem.
- Żartujesz.
- Nie, serio. Mówiłem ci, że to nie ma znaczenia co robię. Ciągle boli tak samo.
- Nie ma mowy. Odpoczywasz - Moje wargi stworzyły nienaturalnie wąską kreskę.
- Nie, idziemy. Ten jeden dzień może dużo dać. Idziemy - Założył ręce na piersi.
- Nie!
- Tak.
- Nie!
- Tak.
- Nie!
Każde moje kolejne "nie" było coraz głośniejsze, za to on ciągle wypowiadał  się spokojnie i cierpliwie. W końcu, zamiast znowu powiedzieć "tak", stwierdził :
- Albo idziemy albo pójdę sam. Nie zatrzymasz mnie.
- Czemu musisz być taki uparty? - prychnęłam pod nosem - Niech Ci będzie. Idziemy. Ale jeśli tylko coś będzie źle, powiesz mi, tak?
- Tak, tak, jasne - Uśmiechnął się. Oooooczywiście. Czułam, że to nie ostatnia dzisiejsza sprzeczka. Może wczorajszy dzień depresji minął, ale w jego miejsce wstąpił dzień kłótni o nic między mną i Jamesem.

*

czwartek, 23 kwietnia 2015

Wiatr, deszcz, empuzy i dużo innych stworów.

Jestem. Co z tego, że jest czwartek, znowu się spóźniłam i w ogóle? ;-;
Nie bijcie. Wszystkie skargi do rodziców mojej bety XDDD

Nogi powoli zaczynały mi ciążyć. Było dokładnie tak jak we śnie, teraz jedynie dodatkowo wiedziałam co mnie goni. Uciekałam ile sił w nogach, ale powoli zaczynało mi ich brakować. Stopniowo zwalniałam, wbrew sobie, nie mogąc utrzymać tempa.
Na dodatek, w głowie kołatała mi się myśl, że niedługo wpadnę w jakieś bagno. I w sumie nie wiedziałam czy nie wolałabym zostać zabita przez potwora, czy dryfować w tej pustce.
Rozpoznałam otoczenie, gdy kilkadziesiąt metrów ode mnie, zamiast drogi pojawiła się trawa, a pola zaczęły przemieniać się w łąki.
Zwolniłam jeszcze mocniej, wiedząc, że to na tym podłożu wpadnę i coś się stanie. Chciałam dać sobie chwilę na myślenie, chociaż powinnam biec  jak najszybciej, żeby uciekać przed stworem.
Zaczęłam szybko analizować. Jeśli pobiegnę dalej, ugrzęznę w mule, wpadnę w niego i zacznę błądzić w czarnej otchłani. Odpada. A jeśli zwolnię, złapie mnie ten stwór. I najprawdopodobniej zabije. Ale ostatnio, gdy dałam się dopaść potworowi, śmierć mnie ominęła. Może o to chodzi i tym razem?
Zatrzymałam się gwałtownie, za chwilę czując, że rozpędzony stwór wpada mi w plecy. Odwróciłam się do niego i uniosłam głowę, by spojrzeć mu w ślepia.
Zaraz tego pożałowałam. Czarne i mroczne oczodoły przerażały mnie do tego stopnia, że zamknęłam prędko oczy. Mogę stawiać się w obliczu śmierci, ale dalej boję się jej i tego, kto ma mnie zabić.
Istota objęła mnie ramionami. W jednej chwili, poczułam się, jakbym siedziała w malutkim pokoiku,  którego ściany pokryte są kaloryferami. Biło od niego ciepłem, prawie parzącym.
Syknęłam cicho. Taki gorąc, pomimo, że jeszcze nic mi nie robił, był bardzo nieprzyjemny.
Jednak musiałam go znieść. Zacisnęłam wargi i powieki jeszcze mocniej, starając się wytrzymać.
W momencie, kiedy temperatura była taka, że miałam ochotę zacząć się wiercić i miotać, próbując się bronić w naturalnym odruchu, a pot spływał mi po twarzy, zaświtało mi, że może po prostu jestem idiotką i zaraz jednak umrę.
Jeśli tak, szkoda, ale już nic nie zrobię. Trzyma mnie za mocno, a ciepło osłabiło mnie jeszcze mocniej. Otarłam kropelki z czoła, odgarniając przy okazji mokre włosy.
Ze zdziwieniem poczułam, że temperatura zaczyna powoli opadać.
-A jednak... Nie pomyliłam się- wyszeptałam. Tutaj trzeba dać szansę się zabić, żeby cię na zabito. I chociaż nie wiedziałam tego na pewno, teraz wiem na sto procent nawet dwie rzeczy. Robi mi się zimno, a ta kraina jest zupełnie pokręcona.
*
Chwilę temu pojawiłam się w lesie, odpoczęliśmy chwilę i znów zbieraliśmy się do marszu.  Według zegarka Annabeth, była godzina czternasta, a chmury aktualnie zakrywały całe niebo. Można było uwierzyć, że słońce przestało istnieć.
-Dalej, dalej - ponagliła Piper.
Wszyscy, jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki, przyśpieszyli ruchy i rozpoczęli żwawą wędrówkę. Był to skutek czaromowy dziewczyny, której, ku mojemu zdziwieniu, używała bardzo rzadko.
Energicznie maszerowaliśmy, rozmawiając cicho. Nikt nie narzekał, więc i ja nie odzywałam się, pomimo, że moja głowa zaczynała ciążyć i boleć. To pewnie przez pogodę, która z chwili na chwilę coraz bardziej wyglądała, jakby zaraz miała nastąpić potężna ulewa.
Razem z prawdopodobnością ulewy narastał również ból. Wyłączyłam się z rozmowy i zaczęłam obserwować okolicę.
Byliśmy gdzieś w środku lasu mieszanego, jednak przeważały tu drzewa liściaste. Dęby, buki i topole otaczały drogę z dwóch stron, a pomiędzy nimi dało się zauważyć leszczynę. Gdyby promienie słońca przebijały się przez liście, byłoby to miejsce jak ze snów. Niestety, dzisiejsza pogoda, skutecznie uniemożliwiała promykom chociażby wyjrzeć zza chmur.
Jakaś jaszczurka przemknęła mi przed nogami, kiedy postanowiłam na powrót zacząć słuchać rozmowy. Leo właśnie kończył opowiadać jakiś kawał o deszczu. Dokładnie w chwili, gdy pozostała trójka zaśmiała się, zaczęło kropić.
-Jak na zawołanie - powiedziałam cicho, zatrzymując się. -Dobra, rozkładamy namioty.
Zabraliśmy się do pracy. Rozbiliśmy wszystkie trzy w półkolu na drodze. Akurat zdążyłam odsunąć się od mojego schronienia do moich towarzyszy, by ustalić, kto dzieli z kim namiot, gdy rozpadało się mocniej. Annabeth szybko zakomunikowała:
-Ja z Dianą, Leo z Piper, James śpi sam.
Nikt nie odważył się sprzeciwić. Szybko, umykając przed ciężkimi kroplami, wtarabaniliśmy się do namiotów. Teraz jedyną poszlaką na to, że pada, było bębnienie wody o materiał schronień.
*
-Opowiedz mi jakąś historię o obozie. - Usiadłam wygodniej. Odkąd tylko weszłyśmy do namiotów, rozmawiałyśmy, tematów nie brakowało, ale moje gardło zaczynało się męczyć. Wolałam pozwolić blondynce na monolog, a mojej krtani na odpoczynek.
-Może o tym jak Drew umówiła się z nieuznanym chłopakiem, który jednak wcale nie był nieuznany?
-Co? - parsknęłam śmiechem.
-Uznam to za zgodę. Posłuchaj, a się dowiesz.
Córka Ateny zmieniła pozycję, obejmując kolana ramionami. Ja oparłam się plecami o ściankę namiotu i czekałam, aż zacznie mówić.
-Jak pewnie już słyszałaś, dzieci Afrodyty przechodziły kiedyś inicjację. Musiały zerwać z chłopakiem, złamać mu serce. Więc Drew umówiła się z Timem, przystojnym blondynem, który pojawił się w obozie krótko po niej. Gościł w obozie od tygodnia, Drew jakoś od dwóch. Widziała jak wodzi za nią oczami, więc sądziła, że będzie łatwo. Pościskają się i będzie po sprawie, a ona pobije rekord w szybkości zaliczenia inicjacji. Rano zaproponowała mu zjedzenie śniadania przy jej stoliku, potem spacerowała z nim po obozie, a wieczorem wyszli na spacer na plażę. Drew miała rację, już po południu całowali się, byli nową parą, sensacją w obozie, takie plotki szybko zawsze się po nim rozchodziły. A na plaży zamierzała z nim zerwać i mieć go z głowy. Tyle, że Tim ją uprzedził. Afrodyta, chwilę po śniadaniu z Drew, uznała go, więc postanowił to wykorzystać. I tak Tim został rekordzistą, a Drew musiała szukać nowej ofiary.
-Ohh, ciekawe jaką miała wtedy minę. - Roześmiałam się.
-Na pewno interesującą. Teraz twoja kolej. Opowiedz coś.
Zasępiłam się. Nie miałam zbyt wiele do opowiadania. Moje życie nie było szczególnie ciekawe. Było po prostu normalne.
-O, albo coś zagraj. Proszę - przeciągnęła samogłoskę w środku ostatniego wyrazu i przechyliła głowę.
Bez zastanowienia chwyciłam za gitarę.
*
-Dobranoc - odszepnęłam blondynce na wcześniej wypowiedziane "Miłych snów."
Usłyszała mój szept, bo deszcz ustał kilkanaście minut temu. W sumie, cieszyłam się, że spadł. Powietrze było teraz rześkie, a temperatura spadła o kilka stopni, co dało naprawdę wiele. Na dworze nie było jak w piekarniku, więc łatwiej będzie nam jutro iść czy nawet oddychać.
Za to w namiotach panował lekki zaduch. Wystawiłam nogę spod kołdry, drżąc, kiedy dotknęło jej zimne powietrze. Jednak nie przeszkadzało mi to na tyle mocno, żeby uniemożliwić zaśnięcie. Zapadłam w mocny, spokojny sen, szybko i bez kłopotów.
*
Zbudził mnie hałas, krzątającej się po małym wnętrzu Annabeth. Blondynka zdążyła się przebrać, a teraz pakowała swój czerwony koc do plecaka.
-Dzień dobry. - Uśmiechnęła się do mnie, gdy zauważyła, że już nie śpię.
-Dobry - odpowiedziałam, chociaż gdzieś w głębi serca czułam, że wcale taki nie będzie. W mojej głowie znowu zagościł lekki, skryty, ale ciągle odczuwalny ból, a w duszy smętny nastrój i przygnębienie. Chciałabym tylko wiedzieć, co w ogóle je wywołało.
Zrzuciłam z siebie przykrywający mnie przez całą noc, granatowy śpiwór i zaczęłam zwijać go w rulon, żeby znów zapakować go do plecaka. Ciekawe ile razy jeszcze będę musiała to zrobić, zanim wrócimy do obozu. Może tylko raz, a może o dużo więcej.
Zdecydowanie wolałabym, żeby była to ta pierwsza opcja. Pozwalając sobie na smutek, uświadomiłam sobie jak strasznie miałam dosyć tej wędrówki. Chciałam wrócić do domu, do obozu, a nie mogłam. Tęskniłam za rodzeństwem, które w tak krótkim czasie stało się dla mnie rodziną. Tęskniłam za ogniskami. I choć tęsknotę czułam już wcześniej, nigdy tak dobijająco mocno jak teraz.
Westchnęłam cicho i smutnymi oczami zlustrowałam Annabeth. Ona też przyglądała mi się uważnie. Lustrowała mnie bystrym wzrokiem, wyglądała jakby wiedziała wszystko.
-Coś się stało? - spytała cicho.
-Nie, zamyśliłam się.- Potrząsnęłam energicznie głową, odpędzając złe myśli. Jeśli już muszę się dołować, wieczorem nawet sobie na to pozwolę. Ale w dzień muszę z tym skończyć, bo narobię sobie kolejnej przeszkody w wędrówce.
Wepchnęłam zwinięty śpiwór do plecaka. Teraz pozostawało tylko się przebrać, zjeść i mogliśmy znowu ruszać w kolejną drogę.
*
Próbowałam skupić się na żartach Leona, jednak za nic mi to nie wychodziło. Jakkolwiek nie wzbraniałabym się przed myślami, ciągle przychodziły. Każda kolejna była coraz bardziej męcząca. W końcu doszło do tego, że zaczęłam się zastanawiać po co w ogóle tu jestem, skoro i tak nie robię nic specjalnego. Byłam tam niepotrzebna.
Próbując pozbyć się głupiej myśli, powiedziałam zirytowana, potrząsając gwałtownie głową:
-Koniec! Stop!
Reszta zdezorientowana obejrzała się na mnie. Nie musieli nic mówić, bym mogła wyczuć pytanie o co chodzi.
-Nie, nic. Nie przejmujcie się - mruknęłam cicho.
Niestety, nawet wypowiedzenie na głos komendy do zaprzestania nie zadziałało. Dodatkowo, zupełnie nie rozumiałam o co chodzi. Miałam myśli prawie jak przyszły samobójca, a zawsze byłam osobą pogodną. W każdym razie, na pewno nigdy nie było aż tak źle. Było tak, jak gdyby coś mi je zsyłało. Jedyne co mogłam zrobić, to skupić się na odpychaniu ich. Nawet jeśli dotychczas nie działało, gorzej być nie może, a lepiej robić cokolwiek, niż pozwolić im całkowicie opanować mój umysł.
Poprawiłam pozycję plecaka na moich barkach i ponowiłam starania w odizolowaniu się od własnego umysłu.
*
-Może czas na postój? - zaproponowała Piper, widząc, że większość z nas ma już dość marszu. Gorąco jej przytaknęłam. Nie dość, że coś zesłało na mnie depresję, to Annabeth zawzięła się i postanowiła dzisiaj przejść chociaż kilometr więcej niż zwykle.
Przyklapnęłam przy drzewie obok Jamesa. Jedynym plusem dzisiejszego dnia było to, że upał odpuścił trochę. Dało się odczuć jedynie przyjemne ciepło, a nie okropny gorąc.
-Coś dzisiaj taka nieobecna? - James posłał mi uśmiech.
-Tak jakoś. Gorszy dzień.- Wzruszyłam ramionami.
-Musi być jakiś powód - orzekł, próbując skłonić mnie do rozmowy. W odpowiedzi, jedynie zagryzłam wargę i trwałam w milczeniu.
Odwrócił głowę w moją stronę, zaglądając mi w oczy.
-Hej, wiesz, że nie musisz się mnie bać. Możesz mi powiedzieć, co się dzieje.- Pogładził moją dłoń kciukiem.
-James, tyle, że ja sama nie wiem, co się dzieje. Od rana jakby coś zsyłało mi negatywne myśli. - Założyłam ręce na piersi, właściwie nieświadomie uciekając od jego dotyku. W jego oczach przez chwilę dało się dostrzec nadzwyczajny błysk, taki, który u niego jeszcze nie zagościł. Niestety, nie umiałam zdefiniować co to.
-Przykro mi, ale nie wiem w takiej sytuacji jak Ci pomóc. Skoro nie wiesz co ci je zsyła, nie mogę tego jak zły, niedobry wilk zjeść. A tak strasznie chciałem... - spuścił wzrok, udając, że jest wielce zasmucony.
Parsknęłam cichym śmiechem.
-Właśnie, panie zły wilku, na chwilę to zjadłeś. Dziękuję. -Uśmiechnęłam się do niego pogodnie.
-Nie ma za co. - Parsknął śmiechem radośnie.
Na chwilę zapadło milczenie, ale nie była to niezręczna cisza. Z takiego rodzaju spokoju nawet się cieszyłam. Tylko James przysunął się jeszcze bliżej mnie, stykając nasze ramiona. Zerknęłam na niego kątem oka. Zadowolony z siebie uśmiechał się pod nosem.
-Panie, panowie i wilki, zbieramy się! Już, już, bo Annabeth zabije nas ciosem książką! - intymny nastrój sytuacji przerwał krzyk Leo. Blondynka spiorunowała go wzrokiem za komentarz na końcu. - O, proszę, ja zginę jako pierwszy! - dodał. Córka Ateny wywróciła oczami. Zachichotałam. Leo zawsze umiał odegrać głupkowaty teatrzyk.
Zanim się zorientowałam, James wyciągał do mnie dłoń, by pomóc mi wstać. Skorzystałam z niej i ponownie rozpoczęliśmy marsz przez las.
*
-Patrzcie, tam.- Annabeth wskazała palcem na czarną, przebiegającą między drzewami sylwetkę. Zaczęłam śledzić ją wzrokiem. Wyglądała jak lekko zmutowany genetycznie człowiek, poruszała się nienaturalnie szybko. W oddali, kątem oka zauważyłam jeszcze jedną taką.
-Nie chcę niepokoić... Ale chyba trzeba będzie walczyć.- Sięgnęłam po łuk, który dotychczas spokojnie zwisał przewieszony przez moje ramię. Wiedziałam, że lepiej być już przygotowana. Leo zapalił w rękach, jak na razie, mały ogień, a James, sypiąc iskrami zmienił się w wilka. W tej postaci, mimo tego, że wolał być człowiekiem, radził sobie lepiej. Piper wyszarpnęła sztylet z poszewki, tak samo jak Annabeth. Obie dziewczyny chwyciły broń wygodnie i zaczęły śledzić wzrokiem cienie. Wszyscy byliśmy gotowi do walki.
Dwie postacie w dalszym ciągu biegały pomiędzy drzewami. Wyglądało to na groteskową wersję berka, tylko że tej drugiej nie zależało na złapaniu "uciekającej". Niesamowicie szybko, chociaż nienaturalnym zygzakiem, zbliżały się do nas.
Instynktownie nałożyłam strzałę na cięciwę, gotowa, żeby wystrzelić. W ciągu kilku sekund postacie wypadły z lasu na drogę. Zaczęły krążyć wokół nas w zabójczym tempie. Posłałam strzałę w kierunku jednego ze stworzeń, jednak wbiła się ona tylko w jego ramię, nic mu nie robiąc. Będzie trudno z nimi walczyć, bo ich atutem była szybkość, więc łucznik miał bardzo małe szanse. Zanim strzał zdążył dolecieć, cel już był daleko. Ale musieliśmy sobie poradzić.
Posyłałam w kierunku czarnych kreatur strzałę za strzałą, jednak nigdy nie trafiały tam, gdzie chciałam by trafiły. Po chwili, stwierdziłam, że muszę celować trochę bardziej przed stwory, niż normalnie. Wystrzeliłam jeden taki pocisk. Ten trafił już celniej.
Od tamtej chwili, posyłałam strzały mocniej w przód. Ja zajęłam się jednym potworem, a James próbował gryźć drugiego. Miałam tylko nadzieję, że nagle nie wpadnie mu do głowy pomysł, żeby rzucić się na tego, którego aktualnie atakowałam ja. Mogłam przy okazji zrobić krzywdę mu, a zdecydowanie wolałam tego uniknąć.
W kołczanie już kończyły mi się strzały, a postacie dalej żyły. Co prawda, biegały już zdecydowanie wolniej, ale nie było im jeszcze zbyt blisko do grobu.
Posłałam ostatnie kilka strzał, najcelniej jak umiałam. Rzeczywiście, tak bardzo chciałam, żeby trafiały, że było to zdecydowanie najlepiej wystrzelone pociski.
Odwiesiłam łuk z powrotem na ramię i sięgnęłam po sztylet. Teraz jedyne co mogłam robić, to walczyć właśnie nim.
*
-Ykhm... - chrząknęła Piper, wskazując głową przed siebie. Stały tam dwie empuzy, szczerząc ząbki w podłych uśmieszkach.
-Super- prychnęłam. W ciągu dwóch, może trzech godzin, była to już nasza piąta walka. Najpierw były cieniste, podobne do ludzi istoty, później jeden z byków, które widzieliśmy na początku, niedługo potem ptaki stymfalijskie, przy których mieliśmy już dosyć. Pokonaliśmy je, męcząc się zdecydowanie bardziej niż przy początku walk. Czwartą bitwę, stoczyliśmy z małymi wersjami piekielnych ogarów. Pokąsały nas i podrapały, a dodatkowo umęczyły, więc mieliśmy nadzieję, że była to ostatnia walka. Niestety, nasze modły nie zostały wysłuchane.
Dwie cheerleaderki stały koło siebie, idealnie zgrane. Normalne nogi miały proste, a te ze spiżu lekko ugięte. Zewnętrzną rękę założyły na odsłonięte biodro. Jak przystało na cheerleaderki, ich czerwono-białe spódniczki sięgały do połowy uda, a bluzki ledwo do pępka. Potwór stojący po naszej lewej miał proste, czarne włosy upięte w końskie ogony po bokach głowy, za to włosy jego koleżanki były zupełnym przeciwieństwem. Kręcone, jasne włosy opadały luźno na jej plecy, nieograniczone gumką czy wstążką.
Nim zdążyłam zareagować, James zmienił postać na wilczą i ruszył dużymi susami w ich stronę.
-James!- wrzasnęłam. Pożałuje tego. Jak nie zginie przez to, że sam się na nie rzucił, ukatrupię go za głupotę. W tamtej chwili nie było czasu na takie myśli. Gdy tylko mój mózg zakodował, że wilk w ogóle ruszył w miejsca, pobiegłam za nim, sięgając do kołczanu po strzałę. Odzyskałam wszystkie, po walce spokojnie zbierając je z ziemi lub wyjmując z ciał stworów.
Wyciągałam nogi najbardziej jak umiałam, by znaleźć się na tyle blisko empuz, by z powodzeniem strzelić przed tym, zanim zdążą mocno poranić Jamesa. Chłopak niestety, jakkolwiek bym się nie starała, wygrywał. Skoczył na jedną potworę, podczas gdy ja dopiero mogłam zacząć zwalniać do strzału.
Blondynka, która została jego ofiarą, została brutalnie powalona na ziemię. Powodując mój krzyk, wilk został jeszcze brutalniej zrzucony z kreatury. Przeturlał się po ziemi, piszcząc. Zaraz wstał i skoczył z zębami do brzucha dziewczyny, jeśli mogłam ją tak nazwać. W tym momencie odwróciłam wzrok. Nie miałam siły patrzeć jak James jest przez nią poniewierany, a w między czasie podgryza ją. Zajęłam się, więc brunetką.
Wypuściłam w jej stronę strzałę, trafiając w ramię. Głośno syknęła, marszcząc czoło.
-Ej, nie rób takiej miny, bo ci tak zostanie! Mama nie mówiła?- Leo wyskoczył na nią z rękami w ogniu. Nie wiem skąd i kiedy wziął się koło niej, ale zdołał podpalić jeden z kosmyków jej czarnych włosów.
Wywołał tym u niej moment zaskoczenia, w którym zastygła w bezruchu. Wykorzystałam sytuację, strzelając do niej. Strzała trafiła w brzuch. Teraz, trzeba było ją tylko dla pewności posiekać. Chociaż empuzy to samo zło. Pewnie jeszcze zmartwychwstanie i tyle z planów łatwego zabójstwa.
*
-James...- Klęknęłam przy chłopaku, leżącym na drodze. Zdołał zabić cheerleaderkę sam, ale przy okazji mocno się poturbował. Piper i Annabeth dzieliły się teraz z Leo ambrozją, bo z lasu wylazły dwie kolejne blondyny, które trzeba było pokonać i zajęły się nimi właśnie one, a tamta skubana, której syn Hefajstosa podpalił włosy jeszcze długo się broniła. Moja myśl o zmartwychwstaniu była bardzo bliska prawdy.
Stojąc jedną nogą nad grobem, zdołała podrapać mi ramię do krwi i skopać udo tak, że wręcz czułam jak robi mi się olbrzymi siniak. Zmęczyła mnie, czułam jak od biegania za nią pulsują mi stopy, a ból w głowie nasila się.
Pomimo bólu, wbiłam jej sztylet w głowę. Teraz byłam pewna, że to ostateczny cios. Upadła na ziemię, dygocząc. I magicznie, wręcz cudem, usiadła i ugryzła mnie w łydkę. Mocno zabolało, lecz gdy tylko skończyłam z nią walczyć i ogarnęłam wzrokiem sytuację, widząc dziewczyny dobijające dwa stwory oraz Jamesa zakrwawionego na poboczu, skierowałam się właśnie do niego, nie zważając na ból.
-James...- szepnęłam. Nie otworzył oczu, ale wyszeptał.
-Żyję. Wszystko dobrze.
-Nie jest dobrze. Masz głęboką ranę na boku, pokopany brzuch, olbrzymiego guza na głowie, jeszcze jedną ranę na nodze i milion innych drobnych ranek. I chyba złamaną łapę. Lub rękę. Jak kto woli.
Delikatnie dotknęłam zakrwawionego boku. Skrzywił się, a wokół zamigotało kilka iskier. Nie zmienił się jednak w wilka.
-Gdy jest ze mną źle, automatycznie przemieniam się w wilka. Taki mój urok - wyjaśnił.
-To Ci coś daje?- zapytałam
-Nie wiem. Nie mam porównania, co by było gdybym się w niego nie zmieniał.
-Czemu nie pozwoliłeś się przemienić? Bez powodu się tak nie dzieje. Zmień się w niego, może szybciej wyzdrowiejesz - powiedziałam zaniepokojona. Głupi wilk, nie musiał rzucać się na najsilniejszą ze wszystkich dziewczyn sam. A teraz, muszę się o niego martwić i bać.
Chłopak lekko skinął głową, dalej nie otwierając oczu i przetransformował się w zwierzę.
-Oh, James, musiałeś się na nią rzucać? - wyraziłam swoje myśli na głos. Podrapałam zwierzaka za uchem, to było jedno z niewielu niepoobijanych miejsc.
Teraz mogłam spróbować go uleczyć. Ale wiedziałam, że będzie go to przez chwilę boleć jeszcze mocniej, niż teraz.
-Uleczyć Cię?- zapytałam. -Otwórz oko, jeśli tak.
Nie chciałam, by znów zmieniał postać, tylko żeby powiedzieć mi czy go leczyć, czy nie. Więc poczekałam na reakcję. Po chwili niepewnie uchylił jedno oko, a ja zrozumiałam czemu nie chciał mi ich pokazać. Intensywnie zielone ślepia zmieniły się w ponure, promieniujące bólem. Moje własne zaszły łzami.
-Uleczę cię. Nie możesz tak cierpieć.
Przyłożyłam lekko dłoń do jego największej rany. Zapiszczał cicho. A ja musiałam ją jeszcze docisnąć.
-Będzie dobrze. - szepnęłam i przycisnęłam rękę. James zawył z bólu. Uczucie tak go obezwładniło, że w bezwarunkowym odruchu chciał od niego uciec, wijąc się. Cierpiał teraz niemiłosiernie, ale będzie mu potem lepiej. Chociaż nie przejdzie mu od razu, dalej będzie go boleć, to mniej niż normalnie.

Oderwałam rękę, dając odpocząć mu i sobie. Dla niego było to bolesne, mnie wyczerpywało. Ale musieliśmy dać radę. Pomimo moich ran, jego bólu i moich ograniczonych sił. Musieliśmy.

---------------------
Z dedykacją dla każdego, kto nie lubi Pana Wilczka. 
I przepraszam tych, którzy go lubią. On po prostu musiał pocierpieć. 
I tak cierpi za słabo, he ;-;
Korn

piątek, 10 kwietnia 2015

Spóźniony rozdział.

Lubicie te spóźnione, prawda? Najlepsze, czyż nie? <3
Dedykacja dla wszystkich, którzy to czytają. Podziwiam XD

W  śnie zobaczyłam Apul. Tym razem znajdowałyśmy się w sali tronowej, niczym z bajki. Bordowe ściany, złota podłoga i tron nadawały temu miejscu jeszcze bogatszy wygląd. I kobieta, ubrana w zwiewną, srebrną sukienkę i sandałki, idealnie pasowała do tego miejsca.
Zaciekawiona rozejrzałam się wokół. Na ścianach wisiały obrazy, przedstawiające nieznane mi miejsce i jakichś ludzi, jednak wywoływały na mnie ogromne wrażenie. Na suficie wisiał kryształowy żyrandol, a na parapetach stały bukiety kwiatów w zdobionych wazonach.
Mimo, że miejsce było piękne, czułam się tu nieswojo. Nie pasowałam tutaj. Wszystko było tu wytworne, w przeciwieństwie do mnie
-Diano, podejdź. Mamy dużo do omówienia - Z zamyślenia wyrwał mnie głos kobiety. Spełniłam jej prośbę.
Spojrzałam na szatynkę z uśmiechem i zamiarem zadawania pytań, jednak uprzedziła moje zamiary.
-Tym razem nie pytasz. Mówię tylko ja, dobrze? To ważne.
Pokiwałam tylko głową. Teraz Apul zaczęła mówić.
-A więc, dobry wybór, poszliście tą bezpieczną drogą. Oczywiście, z pozoru bezpieczną. W środku czekało Was trochę niebezpieczeństw, czyż nie?
Pokiwałam głową, gdy przerwała na chwilę.
-Droga przez labirynt, zajęła Wam dzień czasu, ale zyskaliście na tym. Jesteście w miejscu, w którym bylibyście jutro późnym popołudniem - Uśmiechnęła się serdecznie, jednak zaraz spoważniała.- A jest to dla Was jak błogosławieństwo. Nawet tutaj wyczuwam napięcie panujące w waszym obozie. Hera już niedługo zaatakuje, więc musicie się spieszyć.
Zagryzłam nerwowo wargi. Piękne zmienianie tematu, z pozytywnych wieści na te okropne. Oby tak dalej.
-Co prawda, nie jesteście już daleko, ale pod koniec sprawy mogą się skomplikować. Teraz słuchaj mnie uważnie. Powiem ci coś, co może wydać ci się przerażające, dopóki nie dokończę. I masz po prostu słuchać, rozumiesz?
Wbiła we mnie spojrzenie, przemawiając jak do przedszkolaka. Poczułam się głupio, ale posłusznie kiwnęłam głową. Apul rozpoczęła wywód.
-Każda magia ma swoją cenę. Tak samo jak każdy wybór. Na razie wybierałaś same właściwe, ale nigdy nie wiadomo co zrobisz potem. A ja nie mogę w to ingerować. Jednak mogę Ci wyjaśnić parę spraw. Cały czas jesteś stawiana w obliczu wyborów, ale pod koniec drogi staniesz przed tym najważniejszym. Zadecyduje on o losie jednego z Was.
Apul chciała mówić dalej, ale mi wyrwało się z gardła krótkie :
-Co?
To wystarczyło, by bogini zaczęła się rozmazywać. Jedyne, co zdążyła mi jeszcze powiedzieć to :
-Miałaś nie odzywać, kochana. To było nasze ostatnie spotkanie.
I obudziłam się w namiocie, leżąc koło Annabeth i mrużąc zaspane oczy przed pierwszymi promykami słońca.
*
Odkąd zostałam zbudzona przez słońce, zastanawiałam się, czy opowiedzieć reszcie o śnie. Rozważałam obie opcje, patrząc na plusy i minusy przy śniadaniu oraz pakowaniu bagaży. Ostatecznie, zarzucając plecak na ramiona, uznałam, że nie ma sensu. Może było to niepokojące, jednak nie chciałam martwić ich mocniej niż już byli zestresowani. Bo przecież na pewno byli. A może to tylko ja?

Ruszyliśmy w dalszą drogę, korzystając z każdego napotkanego cienia. Słońce grzało, wiatru brak, było ciepło jak w piekarniku, więc choćby kawałek drogi w chłodzie był niczym błogosławieństwo. Bez problemu dało się odczuć zmianę temperatury, kiedy wchodziło się w miejsca ciemnych plam.
Krótką chwilę po rozpoczęciu wędrówki rozpoczęliśmy zaciekłą dyskusję na temat swoich podejrzeń co się dzieje w obozie.
Niestety, nie były to wesołe myśli. Każde z nas skupiało się bardziej na przypuszczeniach o przygotowania do wojny. Nie wierzyliśmy, że w obozie może trwać teraz sielanka. Nie było na to nawet najmniejszej szansy i nikt nie zamierzał się łudzić.
Przez taki temat powpadaliśmy w melancholijne nastroje. Annabeth, dla której obóz był domem od wielu lat, oczy posmutniały najmocniej.
-Nigdy nie lubiłam tego głupiego babsztyla - Zagryzła wargi, przerywając na chwilę szept.- ale nie spodziewałam się, że posunie się do czegoś takiego jak zniszczenie wszystkich herosów.
-Nie damy jej tego zrobić. Nie martw się - James uśmiechnął się pokrzepiająco.
Annabeth słabo odwzajemniła uśmiech. Pomimo szczerych chęci, trudno było być teraz optymistą.
-Może zmieńmy temat na bardziej przyjemny, co? Kwiatki, ptaszki? - usłyszałam zza pleców głos Leo.
-Może niekoniecznie kwiatki, ale przydałoby się. Ktoś chętny by pośpiewać?
Moja propozycja została zaakceptowana wręcz z entuzjazmem.
-Szkoda, że nie mamy podkładu. Chciałabym mieć teraz przy sobie gitarę z obozu.
Ledwo zdążyłam zamknąć usta, w moich rękach pojawił się instrument. Uniosłam brwi zdziwiona, a Leo wykrzyknął ku niebu :
-Jak giniemy, to nie zsyłacie pomocy, a jak chcemy pośpiewać, to dostajemy gitarę? Ludzie, czy cokolwiek, co przysłało nam ten podarunek, gdzie tu jest logika?
Szturchnęłam go lekko łokciem w żebra.
-Może i logiki nie ma, ale marudzić nie ma co. Więc, śpiewajcie, a ja zagram.
Zaczęłam grać piosenkę, którą zawsze śpiewaliśmy przy obozowym ognisku. I, choć z początku cicho, w końcu wszyscy śpiewali dobrze znane nam słowa.
*
Podnieśliśmy się z ziemi do dalszej wędrówki. Był to drugi przystanek dzisiejszego dnia, a zapowiadało się na jeszcze jeden za dwie, może trzy godziny drogi. Trzeba dodać, że nudnej drogi. Jedyne co umilało nam marsz to radosne śpiewy, które niestety szybko się nudziły, więc można było przerywać nudę muzyką kilka razy, ale zawsze na krótko.
Przed nami rozciągał się las liściasty, ze sporą ilością drzewek i krzaków. Bez wątpienia coś mogło się w nich kryć, jednak najlogiczniejszym wyjściem było iść przez niego. Droga była w dobrym stanie, jej nic nie zasłaniało, więc zawsze mogliśmy po prostu zacząć uciekać.
Powoli wkroczyliśmy w plamę cienia, rzucanego przez drzewa. Zielone liście nad nami szeleściły od wiatru, który zerwał się w okolicach południa. Zupełnie nie przeszkadzał w wędrówce, wręcz pomagał nam, dając przyjemne ochłodzenie i rozwiewając włosy.
Gdyby nie perspektywa potworów czyhających w zaroślach, mogłoby być tu całkiem przyjemnie. Po miękkim mchu miło by się biegało, a krzaki jagód, nawet jeśli bez owoców, dodawały temu miejscu klimatu.
Atmosfera i pozytywne myśli sprawiły, że mimowolnie przyśpieszyłam trochę kroku.
-Hej, gdzie się tak śpieszysz? Zachowaj siły, przydadzą się, gdybyśmy musieli uciekać - Annabeth ciągle rozglądała się na boki, chcąc być gotowa na wszystko.
-Jasne, jasne - Pokiwałam głową do blondynki. Miała rację, rzeczywiście na razie nigdzie się nam nie spieszyło. Mogłam iść wolniej, a pędzić na wypadek ataku wściekłej bestii.
-Szzz... Słyszeliście? - szepnęła Annabeth, po czym gwałtownie zatrzymała się. Skutkiem tego było moje wpadnięcie w jej plecy. Syknęłam, rozmasowując sobie nos, którym uderzyłam w tył jej głowy.
-Co? - spytał Leo. Szatyn oddalił się chwilowo myślami gdzieś daleko i nie wiedział o co chodzi.
-W krzakach coś jest. Słuchajcie - poleciła blondynka.
Z pulsującym sercem wyciszyłam się, by usłyszeć szelest. Skierowałam wzrok trochę bardziej w przód.
Moim oczom okazały się dzikie róże, potrząsane przez coś. Z niepokojem sięgnęłam cicho po łuk, czekając aż stwór wybiegnie na drogę, albo chociażby wyjdzie z krzaków.
Nastąpiło to stosunkowo szybko, chociaż strasznie się przeciągało. Z krzaków na trawę obok drogi wyskoczyła młoda sarna.
-Wow. Iście zabójcze stworzenie -Uśmiechnął się kpiąco Leo. Zwierzę przeskoczyło na drugą stronę szosy i zniknęło pomiędzy drzewami. My za to ruszyliśmy dalej.
*
-Idziemy potem dalej, czy już kończymy? - spytała Piper, odkładając plecak na ziemię.
-Możemy zostać. Chwilę odpoczniemy i porozdzielam Wam role - stwierdziła Annabeth, również zrzucając pakunek z ramion.
Wszystkie rzeczy zostały rozłożone na małej polance obok drogi, z drugiej strony otoczonej przez drzewa. Co prawda, las nie ciągnął się już długo dalej i mogliśmy wyjść z niego, ale również nie był tak gęsty jak na początku, a krzaki zasłaniające niebezpieczeństwo zniknęły, więc czuliśmy się tu bezpieczniej niż na otwartej przestrzeni.
Całą piątką rozsiedliśmy się przy bagażach, patrząc na zachodzące pomiędzy drzewami słońce. Wszyscy nagle zamilkli, zapanowała nienaturalna cisza, ale nikomu to nie przeszkadzało. Mogliśmy w spokoju pogrążyć się w myślach.
Ten dzień był wyjątkowo spokojny. Po prostu cały czas maszerowaliśmy, raz przez las, raz przez pola, wesoło gawędząc, opowiadając sobie żarty lub śpiewając. Nie działo się nic, żadnych groźnych wydarzeń, było po prostu luźno.
I w sumie, cieszyłam się z tego. Nie ma co na siłę dokładać sobie problemów.
-Diana, pójdziesz po opał z Piper? - Głos Annabeth wyrwał mnie z zamyślenia.
-Tak, tak, jasne - opowiedziałam szybko, wstając. Otrzepałam spodnie z piachu i trawy, gotowa, by iść.
Zboczywszy z drogi, ruszyłyśmy w las.
*
Spuściłam na grunt masę patyków. Leo od razu wziął się do ułożenia ich w stosik i podpalenia. Nie chcieliśmy zostać bez ogniska po ciemku.
Drewno zajęło się ogniem, a chłopak odezwał się:
-Gotowe. Możemy wyjmować talerze i jeść kolację w cieple.
Piper sięgnęła do plecaka po naczynia, rozdając każdemu po jednej sztuce. Już za chwilę na talerzu każdego z nas pojawiło się jedzenie.
-Kto z kim dzisiaj śpi? - zapytałam pomiędzy kęsami tortilli.
-Mogę spać z Tobą - stwierdził James, uśmiechając się. - O ile Leo zechce spać sam...
-To będzie dla mnie zaszczyt. Będę mógł w spokoju skopać coś koło mnie i nie mieć wyrzutów sumienia za siniaki.
Rozczochrałam mu włosy, mówiąc:
-Właśnie zdradziłeś mi, skąd na moich nogach mam siniaki. Było tego nie robić.
-Aj, no, wybacz. Leo potrzebuje dużo miejsca - Uśmiechnął się, próbując udawać niewinnego. Na ten widok wybuchnęłam głośnym śmiechem.
-Bez urazy, ale wyglądasz teraz jak idiota.
-Czyli jak zawsze - Wzruszył ramionami i powrócił do jedzenia kanapki. Roześmiałam się raz jeszcze.
*
Po zagraniu przeze mnie kilku piosenek rozeszliśmy się do namiotów. Rozsiadłam się wygodnie na kocu, trzymając gitarę przy sobie. Nie miałam ochoty jej puszczać, czułam się lepiej mając ją w rękach.
-Zagrasz mi coś jeszcze? - James uśmiechnął się do mnie.
-Jak ładnie poprosisz...- mruknęłam.
-Proooooszę - Chłopak zrobił oczka szczeniaka. Nie potrafiłam odmówić.
Zastanowiłam się nad wyborem piosenki. Niestety, nic nie przychodziło mi do głowy. Rozglądnęłam się po wnętrzu namiotu, szukając inspiracji.
Kiedy akurat spoglądałam na swoją poduszkę, przypomniała mi się melodia, którą Apul kiedyś nuciła w moim śnie. Zaczęłam grać, ledwo muskając struny palcami.
Całkowicie skupiłam się na muzyce, nie zważając na Jamesa. Już z pierwszymi dźwiękami przywołała ona wspomnienia, o których przy bogini nawet nie miałam czasu pomyśleć.  Bal gimnazjalny, na którym tańczyłam do tej piosenki z moim najlepszym przyjacielem. Kiedy mama w dzieciństwie śpiewała mi ją, gdy nie mogłam spać. Chwila, w której słowa tej piosenki wydawały się idealnie pasować do chłopaka, do którego jeszcze niedawno wzdychałam. I chociaż na pewno były to miłe wspomnienia, teraz wydawały mi się odległe i tak strasznie nieważne.
Wolałam skupić się na chwili obecnej. Miałam przed sobą cudownego przyjaciela i mogłam mu to zaśpiewać, a nie tylko zatańczyć do niej, jak kiedyś. Nawet jeśli nic do Jamesa nie czułam, nie wydawało mi się dziwne granie tej piosenki.
-A ja będę Twym aniołem... - zaczęłam cicho śpiewać. James, który z chwilą zaczęcia spoważniał, znów delikatnie uniósł kąciki ust w uśmiechu.
Słowa wypływały z moich ust niepewnie, ale naturalnie, bez oporu. Lekko, nie czułam zero stresu z powodu obecności wilkołaka. W sumie, widział mnie w już tak wielu sytuacjach, że gorzej być nie może.
-Twym aniołem... - zakończyłam śpiew.
-Zatkało mnie. Rozczuliłaś mnie tą piosenką - Zrobił zbolałą minę, opuszczając bezradnie ramiona.
-Oj, no chodź tu, bo wyglądasz jak zbity wilk - Przytuliłam się do niego lekko. Odwzajemnił uścisk, zatrzymując mnie w nim przez chwilkę.
-Zadowolony? Możemy iść spać?
-Możemy - Skinął głową, sięgając po latarkę. Kiedy wpełzłam pod kołdrę, pstryknął włącznik i zapadła ciemność.
Ułożyłam się wygodnie i szepnęłam:
-Dobranoc, James.
-Dobranoc, Diana - usłyszałam cichutką odpowiedź.
*
Maszerowaliśmy od niecałej godziny, jednak już byliśmy zmęczeni. Staraliśmy się iść żywo i energicznie, z obawy, że będziemy musieli dziś skończyć wcześniej. Ciemne chmury zebrały się na niebie, grożąc ulewą. Niestety, gdyby teraz nagle lunęło, nie mieliśmy się gdzie schować, bo zdążyliśmy wyjść z lasu.
-Oby teraz nie zaczęło lać - wyraziłam swoje obawy, kopiąc kamyk który napatoczył mi się pod nogę, w wysoką trawę, porastającą cały widoczny obszar dookoła ścieżki.
-Halo, dzień dobry, instytucja zsyłania gitar? - Leo spojrzał w górę, machając ręką, jakby wzywał kogoś. - Dajecie też parasole?
-Niestety, obawiam się, że nie.- Ann skrzywiła się. Jednak nie mogliśmy nic zrobić. Ruszyliśmy dalej, gęsiego, z powodu wąskiej dróżki. Mi przypadło wędrowanie jako ostatnia.
Po krótkiej chwili wędrówki zerwał się silny wiatr. Powiedzieć, że silny to za mało. Zatrzymywał nas, marsz z sekundy na sekundę stał się mordęgą.
-Co jest...? - mruknęłam, próbując iść dalej i pokonać wichurę. Bez skutku. Jedyne co się zdarzyło to to, że na mojej twarzy wylądowała kępa trawy, rosnącej obok.
Otrząsnęłam się z niesmakiem z roślin. W tej samej chwili, gdy zieleń poszybowała dalej, usłyszałam za sobą kroki. Obejrzałam się za siebie zaskoczona. Było tego nie robić.
Kilkanaście metrów ode mnie stał nienaturalnie wysoki człowiek, którego widziałam już kiedyś w koszmarze. Jego blada skóra, zwłaszcza na twarzy, była miejscami przezroczysta. Stwór miał zapadnięte kości policzkowe, jak gdyby nie jadł od bardzo dawna, oraz  puste, czarne, nieludzkie oczodoły. Co najgorsze, płonął.
Absurdalnie, w mojej głowie pojawiła się myśl, żeby tylko nie spalił trawy obok. Ale nie było teraz pory na takie myśli.
 Jego rude włosy, długością sięgające ramion, rozwiewał wiatr i rudzielec powoli zaczynał zbliżać się do mnie.
Odwróciłam się do przodu, ledwo zauważając, że reszta nagle zniknęła i ruszyłam biegiem, tak jakby razem  z nimi zniknął też wiatr.

To była walka o śmierć i życie. To czy wiało, czy nie, nie miało teraz znaczenia.


---------
Tak, musiałam przerwać w takim momencie B)
Do widzenia.
~Korni

środa, 1 kwietnia 2015

Diana, James i Leo.

Dzień dobry wszystkim. Przychodzę na szybko, wstawiam Wam rozdział i zmykam, bo świąteczne porządki wzywają. Mam wrażenie, że dużo będzie się w nim działo, ale nie spoileruję w tytule :')
Zapraszam do czytania i komentowania!
Korni.

Pojawiłam się w lesie. Był ponury, przerażał mnie. Rozglądnęłam się ze strachem, czując, że niebezpieczeństwo czyha na mnie. Pomiędzy drzewami błyszczały dwa żółte ślepia. Cofnęłam się szybko, zaniepokojona.
-Cholera... - jęknęłam.

Nie. Rozdziału nie ma. Prima aprilis, kochane mordki. Nie wyrobiłam się z nim. Ukręćcie mi łeb, ale nie. Zamiast jego, po prostu wrzucę LBA i zrobię krótki post pogadankowy. Raz na jakiś czas się przyda, prawda?
---------------------------------

Nominację otrzymałam od: http://moc-milosci-na-sniegu.blogspot.com/

1.Jaka jest najdziwniejsza rzecz, o której słyszałaś?
Kiviak. To tradycyjny przysmak rodem z Grenlandii. Zainteresowane osoby z mocnymi żołądkami mogą wygooglować.

2. Jaka jest Twoja ulubiona postać?
O, niejasne pytanie. Lubię takie <3 Skąd? Z mojego bloga, jakiegoś anime, serialu, książki? Odpowiem na wszystkie, bo mam czas. Moją ulubioną postacią z mojego bloga jest Diana. Chwilami jest strasznie podobna do mnie, a poza tym, jest główną postacią, nie mogę jej nie lubić. Moją ulubioną postacią z anime jest Decim z Death Parade albo Makoto z Free! Chociaż Sebastianem z Kuroshitsuji też nie pogardzę :') Ulubioną postacią z serialu jest Sam Winchester z Supernatural. Bogowie, kocham gościa. I na koniec ulubiona postać z książki. Dhiren Rajaram z Klątwy Tygrysa. Ale długo nad tym myślałam. Gdzieś w moim sercu siedzi jeszcze milion innych postaci, które chciałam tu umieścić ;-;

3.Dlaczego piszesz bloga?
Od długiego czasu piszę, chociaż zaczęło mi to wychodzić (a i tak jeszcze nie jest dobrze) dość niedawno. Chciałam podzielić się moimi pomysłami z ludźmi. Poza tym, widząc nowy komentarz, od razu jest jakoś lepiej. Milej. Więc poprawia mi to też humor.

4.Co zabierasz na bezludną wyspę?
A mam jakiś limit? Bo jak nie to biorę ciuchy, pełno jedzenia, całą bibliotekę, konia i kogoś ze sobą.

5.Ulubiona telenowela?
Ekhem, nie mam.

6.Ulubione jedzenie?
Arbuzy. Nutella. I wszelkie dania z curry.

7.Coś czego nigdy nie zjesz?
Kivak. Coś często się tu pojawia XD

8.Jaki jest Twój znienawidzony film?
Percy Jackson i Złodziej Pioruna. Ogólnie film dobry, ale jako ekranizacja porażka. Zepsuli książkę, więc mogę go nienawidzić.

9.Lubisz teatr?
Lubię, ale jakoś bez sensacji. Jednak zawsze podziwiałam aktorów, grających tam. I resztę ludzi, przygotowujących to wszystko.

10.Książka czy film?
Film.
Prima apilis po raz drugi. *jak bardzo ten post nie będzie miał sensu, czytany po 1 kwietnia? :')*
Książka zdecydowanie.

11.Wampiry czy wilkołaki?
Wilkołaki. Tak jakoś bardziej je lubię.

Nominuję:
1.http://solangelolovestorypl.blogspot.com/ *nominowałam już kiedyś, ale nie odebrał (?) nominacji*
2.http://moj-swiat-do-gory-nogami.blogspot.com/
3.http://r5-backstage.blogspot.com/ *chociaż przestałam słuchać tego zespołu, to ff jest tak boskie, że nie da się nie kochać, no ;-;*
4. Na razie tyle, bo za nic nie mogę sobie przypomnieć, co jeszcze czytam.

Pytania:
1.Ulubiona "rasa" fantastycznych stworów?
2. Ktoś skłonił Cię do założenia bloga, czy samo przyszło?
3. Zdarza Ci się opisać sytuacje inspirowane życiem na blogu?
4.Jesteś zapominalski/a, czy raczej o wszystkim pamiętasz?
5. Ulubione zwierzę wiejskie.
6.Lubisz horrory i creepypasty?
7.Lubisz swoje imię?
8.Twoje OTP...?
9.Postać z książki lub filmu, którą chciałbyś/chciałabyś uśmiercić.
10. Ulubiona przyprawa?
11. Jakich błędów popełniasz najwięcej? Interpunkcja, ortografia, czy jeszcze inne?
-------------------------------
I na koniec pytanie. Blog zmierza ku końcowi, do końca akcji niewiele pozostało. 3-4 ważne zdarzenia, pomiędzy nimi trochę sielanki i już. A ja chciałabym mimo wszystko pisać dalej. Założyć nowego bloga. Kiedyś już o tym wspomniałam, miał to być blog z opowiadaniem na podstawie tylko i wyłącznie mojej wyobraźni, ale stwierdzam, że na razie jestem za mało ogarnięta, by to wszystko poprowadzić, połączyć wątki. Więc będzie to kolejne fanfiction. Albo blog z milionami one-shotów. A, przechodząc do sedna sprawy, pytanie brzmi: o czym to miałoby być ff?
Przyjmę każde wyzwanie, jedyny warunek to albo podanie parringu, albo podanie głównej fabuły i zmieszczenie się w tematyce: PJ, HP, DA, OH. Ewentualnie IŚ.
To tyle. Do soboty <3